Tagi

, , ,

Od pierwszego rozdziału, ba, od pierwszej strony jesteśmy wprowadzeni w klimat Moskwy lat trzydziestych XX wieku. I wątki kulinarne stanowią ważny tej aury element. W gorący wiosenny dzień spotykają na Patriarszych Prudach Michaił Aleksandrowicz Berlioz, przewodniczący organizacji literackiej Massolit i poeta Iwan Bezdomny.

Kiedy pisarze znaleźli się w cieniu lip, które zaczynały się już zazieleniać, natychmiast ostro ruszyli ku jaskrawo pomalowanej budce z napisem „Piwo i napoje chłodzące”. […]

– Butelkę narzanu – poprosił Berlioz.

– Narzanu nie ma – odpowiedziała kobieta z budki i z niejasnych powodów obraziła się.

– A piwo jest? – ochrypłym głosem zasięgnął informacji Bezdomny.

– Piwo przywiozą wieczorem – odpowiedziała kobieta.

– A co jest? – zapytał Berlioz.

-Napój morelowy, ale ciepły [..]

Michał Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, przekład Irena Lewandowska, Witold Dąbrowski

Kto sięga pamięcią pół wieku wstecz, doskonale rozpoznaje te klimaty. Nie inaczej w Peerelu bywało. Tyle, że zamiast „narzanu” z Kisłowodzka należałoby wstawić „wodę mineralną”, może kryniczankę? a zamiast napoju morelowego „płynny owoc”…

Wróćmy do Moskwy sprzed blisko wieku. Bohaterowie moskiewskiej części powieści Bułhakowa: literaci, wyżsi i niżsi urzędnicy, zasobne mieszczuchy, jadają dużo, tłusto, chętnie, zakrapiawszy oczywiście, od śniadania, wódką. Dobrą zakąską nie pogardzi i świta Wolanda

na pufie […] rozwalił się w nonszalanckiej pozie […] przerażających rozmiarów kocur z kieliszkiem wódki w jednej łapie i widelcem – na który zdążył już nadziać marynowany grzyb – w drugiej

Ale kulinarnym clou powieści jest restauracja w Domu Gribojedowa, siedzibie Massolitu.

Każdy, kto trafił do tego domu […] od razu widział, jak dobrze żyje się wybrańcom losu – członkom Massolitu, i z miejsca opanowywała go czarna zawiść. Natychmiast zaczynał czynić niebu gorzkie wyrzuty za to, że nie obdarzyło go w kołysce talentem literackim, bez którego oczywista, nie można było marzyć o uzyskaniu legitymacji członkowskiej Massolitu, brązowej, pachnącej kosztowną skórą, z szeroką złotą obwódką, legitymacji, którą znała cała Moskwa

Powieściowy „Gribojedow” uchodzi za najlepszą restaurację w Moskwie, raz z powodu „jakości wyżywienia”, dwa „nader przystępnych cen”. Sandacz au naturel, chłodnik printanier „w złocie słońca kontrastujący ze świeżutkim obrusem”, jajka de cocotte w pieczarkowym sosie w kokilce,  filecik z drozda z truflami, przepiórka po genueńsku….

A sterlet, sterlet w srebrzystym naczyńku, filet sterleta z szyjkami rakowymi i ze świeżym kawiorem?

A wszystko to  na „ocienionej przez pnące wino werandzie […] A jazz, a uprzejmość personelu!”. Dobrze i w miłej atmosferze jada lud radziecki ustami swych literatów. Aż trudno przypomnieć sobie, trudno przyjąć do wiadomości, że to Kraj Rad, że kołchozy, że dopiero co straszliwy głód na Ukrainie.

Czy sam Bułakow bywał „u Gribojedowa”, a raczej w jego pierwowzorze? Z pewnością, skoro odmalował te realia, zresztą bywali tam tam zapewne wszyscy posiadacze legitymacji związkowej, to nie tylko obiady po preferencyjnych cenach, ale i ważne miejsce środowiskowych spotkań. Moskiewski Dom Pisarzy pojawia się w jego zapiskach i w dzienniku żony (Michaił Bułhakow, Helena Bułhakowa, Dziennik Mistrza i Małgorzaty, tłum. Margarita Bartosik) . Częste też są wzmianki „zjedliśmy dobrą kolację” – ale raczej w kontekście wizyt domowych albo przyjęć organizowanych przez rezydujących w Moskwie dyplomatów. O tym, co jadali, z dzienników nie dowiemy się, były ważniejsze sprawy.

Kilkadziesiąt lat później o moskiewskiej ofercie gastronomicznej dla literatów (czytaj: członków związku literatów) , napisze Maria Iwaszkiewicz, tak opisując swoje kulinarne doznania z Moskwy (Gawędy o jedzeniu, Warszawa 1969):

zostałam zaproszona do Klubu Literatów na obiad. Klub mieści się na ulicy Worowskiego, w budynku, gdzie dawniej była Loża Masońska. Wnętrze jest pseudogotyckie, z wielkim narożnym witrażowym oknem, z balkonikiem, galeryjkami i kominkiem.

Znajome klimaty? Sceneria palce lizać, Woland i jego świta chyba by się tam odnaleźli.

Moi przyjaciele przedstawili mnie jako wielką smakoszkę i specjalistkę, potem zamówili oczywiście kawior i specjalność Klubu – przemyślną sałatkę jarzynową z majonezem, w której skład wchodziły – oprócz zwykłych składników – surowe pomidory, kawałki różnych wędzonych ryb, oliwki czarne i zielone oraz konfitura z berberysu (oczywiście mało słodka).

Kawior, oczywiście. Sałatka? niezbyt zachęcająca, ale kto  wie? Co dalej?

Na drugie danie był duszony filet wołowy, podany w glinianym garnczku, takim jakich u nas używa się do kwaśnego mleka. Każda porcja w osobnym garnuszku. Sos, w którym pływają: mięsa, kartofle, marchewka i mało rozgotowana cebula, jest zaprawiony pomidorami i czosnkiem.

Czyli wariacje na temat bœuf Stroganow. Niczego sobie; dziś nie robi wrażenia, ale w przaśnych realiach demoludzkich polędwica wołowa była rarytasem i rzadkim na stole gościem.  Moskiewski Klub Literata trzyma poziom i kontynuuje tradycje Domu Gribojedowa: po okazaniu stosownej legitymacji radzieccy pisarze i poeci, bądź co bądź spracowani inżynierowie dusz ludzkich, mogą się godnie posilić. A lud pracujący miast i wsi (raczej: kołchozów) niech się cieszy, że szanowni reprezentanci ludu, w jego zastępstwie, ku chwale Ojczyzny, posilają się kawiorem i polędwicą.

Autorka relacji podsumowuje:

W tej chwili, kiedy myślę o jedzeniu w Moskwie, wszystko mi się miesza w jedno barwne pasmo dobrego jedzenia. Rosjanie umieją jeść, nie ma co mówić.

Czytywałam tę książeczkę we wczesnych latach siedemdziesiątych, w czasach gdy kulinarnych publikacji było jak na lekarstwo, miła lektura, pouczająca i smakowita. Traf chciał, że niebawem znalazłam się w Moskwie. Nie smakoszka, ale na dobrej babcinej kuchni wychowana.  Nie gość Klubu Literatów, tylko młodociany członek wycieczki „Orbisu”.  I kiedy myślę o tamtejszym jedzeniu, wszystko mi się miesza w jedno bure pasmo byle jakiego jedzenia…. Ale to inna historia (  Z kuchni cudzej: Związek Radziecki, Moskwa )

 

 

 

 

Reklamy