Tagi

, ,

Zapewne najbardziej znana filiżanka czekolady i najbardziej znana służąca. Oczywiście, służąca nie byle jaka, pokojówka, czyli nie „dziewczyna”, nie „dziewka” ale „panna służąca”.

ch3

Jean-Etienne Liotard, La Belle Chocolatière, ok. 1744/45, Drezno, Gemäldegalerie Alte Meister

Niesie pani na dzień dobry filiżankę czekolady. Niesie uważnie, z namaszczeniem, bo raz, ze napój cenny, dwa, bo rozlany brudzi niemiłosiernie, jak by jej wykrochmalony biały fartuch wyglądał, gdyby…. Jakieś dziesięć lat później Liotard domalował tej sceny ciąg dalszy.

Panna służąca dotarła szczęśliwie, nie rozlała, choć filiżanka pełna po brzegi. Więc dlaczego ma minę, jakby miała coś na sumieniu? Czy to po prostu odpowiednie w tej sytuacji zachowanie, dyg, oczy spuszczone, wyraz podległości? Czy aż tak skupiona, by nic nie uronić, teraz gdy szczęśliwie dobrnęła do celu? Pani już nie w łóżku, może na szezlongu, zaraz posili się. Póki co, patrzy na tę dziewczyninę bezczelnie, arogancko, badawczo. Z pozycji Alfa. Niechby już wypiła tę czekoladę, poziom serotoniny wzrośnie, będzie szczęśliwsza, może się trochę rozmarzy..

ch2

Jean-Etienne Liotard, Śniadanie, ok. 1753-1756, Monachium, Alte Pinakothek

Chocolatière. Nie mamy polskiego odpowiednika. Mamy „kawiarkę” i „herbaciarkę”, a „czekoladziarki” się język polski nie dorobił. Widać nie było potrzeby. A „szokolatierą” – per analogiam do „kafetiery” – bywa nazywana maszynka lub dzbanek, w którym napój się przyrządzało i podawało do stołu.

cz11
Piękną szokolatierę, czyli dzbanek do serwowania czekolady, ma w zbiorach Muzeum w Wilanowie. Wczesna Miśnia, około 1740 roku. Porcelanowe naczynie ma rączkę z drewnianym uchwytem, a w pokrywce, pod przesuwną kwietną gałązką ze złoconego brązu kryje się otwór, przez który wkładało się mątewkę, by mieszać albo i spienić czekoladę.
cz13
Panna służąca Liotarda nie niesie dzbanka, to porcja pojedyncza, chyba nawet bardzo łakoma pani dzbankowi gęstej i tłustej czekolady by nie dała rady. A jakby dała, to by niezawodnie zwomitowała. Więc filiżanka, owszem, duża, prawie kubek, osadzona w szklanym naczynku, po to by bardziej była stabilna, ale i po to, by dłużej utrzymać ciepło. Bo zimna czekolada do picia się nie nadaje. A do czekolady szklanka wody, jak dziś do espresso, trzeba usta przepłukać po tłustej i lepkiej cieczy.

ch

Bywały i inne rozwiązania: filiżanka z przykrywką. Dało się donieść w niej napój gorący przez długie, chłodne korytarze:

P1080197.JPG

Ta filiżanka do czekolady marki berlińskiej KPM (Königliche Porzellan Manufaktur) była w naszym domu sprzętem li tylko dekoracyjnym. W peerelowskich realiach czekolada do picia była jednak rarytasem: owszem, można było ją wypić w saloniku Wedla przy Szpitalnej, ale w domu raczej nie. Bywało kakao, nie powiem, dobre, czasem van Houten z paczki albo z Peweksu, w niedziele bywało w wersji lux, z żółtkiem i pianką, ale jednak kakao nie wymagało takiej oprawy. Po wtóre, filiżanka z pokrywką miała zastosowanie wtedy, gdy się z nią wędrowało („się” czytaj: wędrowała pokojówka) z kuchni przez korytarze, pokoje w amfiladzie. Kawę podawano w dzbanku, herbatę w imbryku, a czekoladę przed wystygnięciem chroniła właśnie ta przykrywka (czy skutecznie?) A gdzież byśmy mieli tę filiżankę nosić w naszym mieszkaniu klasy „wczesny Bierut”?…

Reklamy