Tagi

, , , ,

 

Pani Cottard, która była skromna i mówiła mało, umiała mimo to nie zawahać się, kiedy szczęśliwe natchnienie podsunęło jej zręczne słówko. Czuła, że to, co powie będzie miało powodzenie ; to jej dodawało odwagi ; zresztą chodziło jej nie tyle o to, aby błyszczeć, co aby być użyteczną dla kariery męża. Toteż nie przepuściła słowa „sałata”, które wyrzekła pani Verdurin.

 —Ale to nie jest „japońska sałata”?—rzekła półgłosem, zwracając się do Odety.

 I, zachwycona i zmieszana celnością i zuchwalstwem, jakim była ta dyskretna, ale jasna aluzja do nowej i głośnej sztuki Dumasa, pani Cottard parsknęła uroczym śmiechem naiwności, niezbyt głośnym, ale tak nieodpartym, że przez dobrą chwilę nie mogła go opanować.

Marcel Proust, W stronę Swanna, tłum. Tadeusz Boy-Żeleński

Jest koniec lat osiemdziesiątych XIX wieku, moda na wszystko, co japońskie zadomowiła się we Francji na dobre, choć niebawem ustąpi anglomanii. Zasługę docenienia japońszczyzny przypisywali sobie znani zarozumialcy, bracia Goncourtowie. To prawda, że zgromadzili świetną kolekcję rycin japońskich, to prawda, że Jules po raz pierwszy, w roku 1867, użył słowa „japonaiserie” . Ale ożywczy powiew ze Wschodu zawitał wcześniej. Podobno palma odkrywcy japońskiej sztuki należy się Feliksowi Bracquemond, to on miał rozbudzić namiętność do porcelany, drzeworytów, wachlarzy, drobiazgów z laki, tkanin w kwiaty i ptaki. Fascynację japońszczyzną przeżyją prawie wszyscy wielcy, Manet i Monet, Baudelaire i Zola, a wreszcie „cały Paryż”. Wszystko, co japońskie, jest w dobrym tonie. A kuchnia? Kuchnia japońska pozostanie na uboczu jeszcze wiele dziesiątków lat. Choć modną etykietkę przypinano do potraw całkiem zgoła kontynentalnych…

Czymże zatem była owa „japońska sałata”, o której rozmawia się przy stole pani Verdurin? Tyle ma z Japonią wspólnego, co śledź w śmietanie albo fasolka z pomidorowym sosie z Bretanią. To przystawka opisana w 1887 roku w sztuce Francillon pióra Aleksandra Dumasa syna: akt pierwszy, scena II.

Henri de Symeux, „chłopiec – jak pisze pewien krytyk teatralny – miły, nieco już szpakowaty, ale bardzo ujmujący” interesuje się „zwinną, sprytną i dobrą Anetką” :

– Mademoiselle, chciałbym Panią prosić o przepis na sałatkę, którą jedliśmy dzisiejszego wieczora. Podobno to Pani dzieło.

– To sałatka japońska.

– Japońska?

– Tak ja nazwałam.

– Czemu?

-Żeby się jakoś nazywała ; zresztą wszystko dziś jest japońskie.

– To Pani ją wymyśliła?

– I owszem. Lubię zajmować się kuchnią.

Dumasowie, wiadomo smakosze. Pewien przodek prowadził podobno oberżę. Matka Aleksandra-ojca, Marie-Louise-Elisabeth Labouret, była świetną kucharką. Starszy z Aleksandrów pod koniec życia napisał monumentalny Grand dictionnaire de cuisine –1200 stron, setki haseł, kilkaset przepisów. Jednak to nie tam Aleksander-syn znalazł inspirację. Bo choć sporo w Słowniku egzotyki, są  egipskie melony, kangury, łapy niedźwiedzi, owoce drzewa chlebowego, to japońszczyzny jak na lekarstwo…Taki przepis – czy własnego autorstwa? – serwuje nam w sztuce Francillon Aleksander Dumas syn:

– Niech Pan ugotuje ziemniaki w bulionie, pokroi na plasterki, jak na zwykłą sałatkę, i póki są ciepłe, doprawi solą i pieprzem, bardzo dobrą oliwą o owocowym posmaku, octem winnym…

 – Estragonowym?

 – Lepiej orleańskim ; ale to nie ma większego znaczenia ; co jest ważne to pół szklanki białego wina, château-yquem, jeśli możliwe. Dużo ziół, posiekanych drobno, bardzo drobno. W tym czasie niech Pan ugotuje w krótkim bulionie bardzo duże małże z łodyżką selera ; potem trzeba je dobrze odsączyć i dorzucić do ziemniaków wcześniej doprawionych. Delikatnie wymieszać […] Kiedy już Pan skończy, wymiesza…

 – Delikatnie…

 – Posypie je Pan plasterkami trufli [..]

 -Ugotowanymi w szampanie..

 – Rzecz jasna. A wszystko na dwie godziny przed obiadem, żeby podać sałatkę dobrze oziębioną.

A zatem – zwykła sałatka ziemniaczana, prawie po niemiecku. „Prawie”: robi różnicę:  zamiast śledzia albo szpeku mule, zamiast stołowego białego wina château-yquem i szampan. No i trufle wieńczące dzieło, szczypta francuskiego esprit… Sałatka musiała przypaść szpakowatemu kawalerowi do gustu, bo niebawem oświadczy się i poślubi dzielną i kreatywną Anetkę.

Dumasowa sałata jest na ustach wszystkich, ale nie wszyscy zagustowali w tej szczególnej japońszczyźnie. Oddajmy raz jeszcze głos pani Cottard:

 […] gdziekolwiek się znajdę, wszędzie się mówi oczywiście o tej nieszczęśliwej japońskiej sałacie. To zaczyna nawet być męczące – dodała, widząc że Swann nie zainteresował się tak, jakby można było przypuszczać, tą palącą aktualnością.

—Ale trzeba przyznać, że to daje czasem temat do dosyć zabawnych pomysłów. I tak, mam przyjaciółkę: bardzo oryginalna, mimo że śliczna kobieta; bardzo otoczona, bardzo światowa ; otóż ona twierdzi, że kazała u siebie zrobić tę sałatę japońską i to pakując do niej wszystko, co pan Dumas wymienia w swojej sztuce. Zaprosiła kilka przyjaciółek, żeby przyszły to jeść. Na nieszczęście, nie należałam do wybranych. Ale opowiedziała nam to później, na swoim żurku : zdaje się, że to było okropne, uśmiałyśmy się do łez.

Reklamy