Tagi

, , ,

Jeśli to prawda, że Bolesław Prus uważał Emancypantki za swą najlepszą powieść, to marne sobie jako pisarzowi wystawił świadectwo. Powieścidło-koszmarek. Styl nieznośny, postaci z papieru i dykty. Kobiety…  Obraz epoki? Pewnie tak, tyle że wycinkowy i tendencyjny. Prus pokazał się bardziej jako publicysta niż pisarz – niby jest bezstronny, ale spod warstwy kronikarskiej  wyziera mizogin.

Jest jednak w tej trudno strawialnej powieści parę smaczków „okołokulinarnych”. Są warszawskie knajpy, jest jadalnia na pensji, są posiłki w ziemiańskim domu aspirującym i  prowincjonalne podwieczorki. Dla mnie najbardziej frapujący temat: kobieta i alkohol.

Warszawa, lata siedemdziesiąte XIX wieku, „najznakomitsza szkoła żeńska”

Akt pierwszy: Joanna

Joanna, dama klasowa, wymyka się o zmroku na koncert. Wraca późno. Skandal. Rano na pensji huczy od plotek. Podobno

widziano ją po koncercie w restauracji, gdzie była w towarzystwie panów i pań w osobnym gabinecie i śpiewała przy fortepianie.

W restauracji w zasadzie bywają jedynie kobiety nieobyczajne. Ba, nawet cukiernia, w biały dzień jest miejscem niestosownym – przypomnijmy sobie, jak Izabela Łęcka – z przyzwoitką! – robi „figle” i wstępuje do cukierni na czekoladę. „Figiel” znaczy tu: ekstrawagancja, akt odwagi i  wyzwanie, bo do cukierni i kawiarni chadzają jeno mężczyźni, Rzecki na „pienistą czekoladę”, doktor Szuman na lody. Kobiecie nie uchodzi. Chyba, że zaprosi je i męskim ramieniem otoczy szanowany mężczyzna: Solski zamawia stolik „u Stępka” na kolację po teatrze i zamierza zabrać tam siostrę i Madzię. Jemu wolno, z nim wypada, grzechu nie ma.

Wróćmy do panny Joanny. Nie dość, że wraca z restauracji, nie dość że śpiewała (to brzmi, jakby co najmniej kankana zatańczyła na fortepianie..)

kiedy weszła, czuć było wino.

Czy to znaczy, że kobiecie i wino nie uchodzi? Czy tylko niektórym kobietom i w niektórych okolicznościach? Pannom? Wychowawczyniom panienek? Wieczorową porą?

Akt drugi: pani Latter

Przełożona pensji, pani Latter, kobieta na pozór pryncypialna, do trunków odrazy nie czuje. Przyciśnięta do muru przez wierzycieli szuka ratunku czyli kolejnej pożyczki, a kandydata na jelenia zamierza omotać podejmując „wykwintnym śniadaniem”: do śledzika, kawioru, ostryg i pieczystego każe podać starkę, wino i koniak. Co prawda, nie wiemy, czy i ona pije, czy tylko próbuje upić gościa. Niemniej obecność w budynku pensji zamroczonego mężczyzny zgorszeniem panienek nie grozi.

A sama przełożona powoli, ale konsekwentnie popada w alkoholizm. Ziemianin Mielnicki przysyła jej

butelki okryte pleśnią grubą jak kożuch. Z gorączkową niecierpliwością zawadziła nożyczkami o korek. Wyszedł i pani Latter uczuła przyjemny zapach.

– Musi być dobre wino – szepnęła. Wzięła szklankę z umywalki, nalała blisko trzecią część i chciwie wypiła.

Jedna trzecia szklanki wina, tyle co nic. Niemniej damie klasowej pewnie by nie uszło na sucho, przełożonej więcej wolno. A kieliszek na dobranoc szybko wchodzi w przyzwyczajenie, uwalnia od lęku, pozwala zasnąć.

weszła do swojej sypialni, zamknęła drzwi, wydobyła z szafy omszałą butelkę i średniej miary kieliszek, nalała patrząc pod światło i lękliwie obejrzawszy się wypiła wino jak lekarstwo. […] Ach, jak to uspakaja! – szepnęła

Lekarstwo, a jednak wstyd, żeby kto zobaczył. Potem już rozstać się z butelką nie potrafi. Uciekając z pensji w obliczu nieuchronnego bankructwa pani Latter

do torby podróżnej włożyła koszulę i ręcznik, a nareszcie – butelkę wina i kieliszek

Na dworcu kolei warszawsko-petersburskiej

przeszła do sali trzeciej klasy i ukrywszy się w kącie, wypiła kieliszek

Potem następny i następny, aż do dna. Zamroczona, wysiada nie tam, gdzie powinna, w karczmie czeka na przeprawę przez rzekę.

Dajcie araku – rzekła cicho pani Latter przypomniawszy sobie, że nie ma wina. Karczmarka przyniosła małą flaszczynę araku i szklankę. Gdy znowu odeszła, pani Latter wylała wszystek arak do szklanki i wypiła duszkiem.

Ostatecznie tonie w rzece. Żadne tam samobójstwo, żaden melodramat, po prostu chwieje się na nogach i wpada do rzeki, zamroczona.

Akt trzeci: Madzia

Główna bohaterka, dziewczę niewinne i naiwne do bólu, oczywiście alkoholu nie pije, pogłoska, jakoby od Joanny „czuć było wino”, budzi w niej grozę. Do czasu.

W domu rodzinnym, rekonwalescentka po przebytym tyfusie, jest odkarmiana zgodnie z ówczesnymi zasadami dietetyki

przynoszono jej rosół, skrobany befsztyk i kieliszek wina

No, ale to lekarstwo na wzmocnienie, zadawane pod okiem ojca-lekarza. Mus to mus. Co prawda, nie wspomina Prus, by jego bohaterka wychylała ów kieliszek z odrazą albo moralną udręką…

A kiedy z „magnatami” Solskimi zaczyna bywać na przyjęciach

jadła wszystko, co jej podano: ryby, zwierzynę, kurczęta, lody… zapijając różnymi gatunkami wina, które ciągle nalewał jej Dębicki. Przy czym taka miedzy nimi toczyła się rozmowa:

– Może pani nalać wina? – pytał Dębicki.

-Proszę – odpowiadała Madzia

-A w który kieliszek?

-Wszystko jedno.

Dębicki nalewał w największy, zamyślał się i po krótkiej pauzie powtarzał pytanie:

-Może pani nalać wina?

W głowie Madzi szumiało jak pod wodospadem wezbranej rzeki

Oczywiście Prus usprawiedliwia swoją ulubioną bohaterkę, „anioła dobroci”: pije z przerażenia, bo seans spirytystyczny i dyskusja podważająca istnienie duszy wytrąciły z równowagi jej czystą  duszyczkę. Jednym słowem: lekarstwo. A poza tym pije w dobrym towarzystwie – Dębicki nie jest bynajmniej deprawatorem panienek, jest uczonym, szacownym profesorem – i do domu zostanie odwieziona karetą.

Podsumowując: kobieta pić może jeśli primo pije w wystarczająco dystyngowanym anturażu i/lub towarzystwie, secundo jeśli traktuje alkohol jako środek medyczny na bolączki ciała i ducha. Nie daj Boże dla przyjemności. Przyjemność z picia mogą mieć mężczyźni. Nie ty, damo klasowa Joanno. I jeszcze ten śpiew przy fortepianie!… Jak pić, to na smutno.

Reklamy