Tagi

, ,

Hildebertus i Ewerwinus, iluminatorzy skryptorium biskupa Jindřicha Zdika w Ołomuńcu uwiecznili siebie samych na kartach dwóch rękopiśmiennych ksiąg powstałych około 1140 roku. Na końcu traktatu Augustyna z Hippony o Państwie Bożym zamieścili rodzaj obrazowego kolofonu: to my, malarze, którzyśmy przy dziele tym się trudzili – mistrz Hildebertus i jego pomocnik Ewerwinus. To chyba pierwsza scena rodzajowa w morawskim miniatorstwie – a w centrum sceny: posiłek zasłużony, a zagrożony przez sprytnego gryzonia.

ewerwinus

Augustyn, De Civitate Dei, ok. 1140, ob. Biblioteka Kapitulna w Pradze (Codex A 21/1, fol. 153r). Źródło: Wikimedia

Nad nakrytym stołem podpis „mensa Hildeberti”, żeby nie było wątpliwości, że to mistrza posiłek, z pewnością zasłużony – stół przykryty obrusem, nie ubogi, bo jest kielich-puchar, chleb albo ser, grasuje po stole gryzoń, mysz wielka jak szczur, łasuje bez skrępowania, już ogonem coś przewróciła, z hałasem strąciła naczynie, pieczony drób leci na podłogę. Hildebertus oderwany od pracy, zły, zamierza się na bezczelnego gryzonia – kamieniem? gąbką? Przykro by było stracić kolację przez nikczemne stworzenie. Poza tym, mysz –  wiadomo, wcielenie diabła.  I nie pierwszy raz gra mistrzowi na nerwach. Tekst w księdze leżącej na pulpicie zaświadcza o zmaganiach Hildebertusa z myszą:

„Pessime mus, saepius me provocas ad iram. Ut te deus perdat” – najpaskudniejsza z myszy, znowu mnie wyprowadzasz z równowagi, niech Bóg cię pokarze! (pewnie chciałby krzyknąć „niech cię diabli wezmą”, ale mu nie wypada).

A mały Ewerwinus pracuje z takim zapałem, w takim skupieniu maluje pędzelkiem roślinną wić siedząc na niskim stołeczku, nic nie widzi, nic nie słyszy, ani swego mistrza ani małego nieproszonego stołownika, prawdziwy adept sztuki. A może wszystko mu jedno, bo to nie na niego czeka zastawiony stół? I może po cichu kibicuje odważnej myszy?

Posiłek mistrza niezbyt wyszukany, ale zestawmy go z ówczesnym mniszym menu – na tym tle nie jest najgorszy, zważywszy że prości zakonnicy żywili się głównie pokarmami mącznymi, chlebem albo papką z prosa, jęczmienia, owsa, rzadko tylko z pszenicy. Biskup lepiej karmi swego iluminatora. Jest na stole Hildebertusa (a raczej było, bo właśnie spada na posadzkę) mięso, które do niedawna przysługiwało jedynie chorym mnichom, Benedykt kategorycznie zabraniał spożywania tego pokarmu, który rozpala namiętności i nie sprzyja życiu duchowemu i modlitwie. Zakaz dotyczył przede wszystkim mięsa czworonogów, w zasadzie nie obejmował drobiu, gdyż ptactwo zostało stworzone przez Pana tego samego dnia, co ryby, więc „te, co latają”, volatila, początkowo nie całkiem za mięso  były uważane i dopuszczane nawet w dni postne.

Czym zamierzał popijać Hildebertus pieczone ptactwo? Dawne reguły zabraniały picia wina, ale od czasów Benedykta wino stało się podstawowym składnikiem codziennego wyżywienia mnichów. Czy również u morawskiego biskupa? A może piwo? Które  nie było jeszcze właściwie piwem: w średniowieczu to gęsty wywar ze sfermentowanego zboża – owsa, orkiszu, soczewicy lub wyki. To piwo-nie-piwo pijają ludzie wszystkich stanów, płci obojga i w każdym wieku, bezpieczniej napić się starannie uwarzonego piwa niż wody z rzeki albo niepewnej studni. Smak napitku chyba lepiej przemilczeć.

Drób, wino albo piwo i chleb – oto i cały posiłek. Niewyszukany, ale pożywny. Miejmy nadzieję, że w ołomunieckim skryptorium i mysz się pożywiła, i dla Hildebranda coś zostało, i Ewerwinus też głodny nie został.

 

„Pessime mus, saepius me provocas ad iram. Ut te deus perdat

Reklamy