Tagi

, ,

„Meine liebe Pipsimaus… Przesyłam Ci serdeczne pozdrowienia z Wiednia, doszły mnie o Tobie złe wiadomości, pamiętaj, z jakiej jesteś rodziny, Twoja ciocia Pišinka, choć biedniutka, to mimo wszystko zawsze ubrana jest czysto i ze smakiem, i chodzi po Wiedniu elegancka, Pipsimaus, co powiedziałby na to Twój papa, gdyby Ciebie zobaczył? Pamiętaj – powiedziałby – jeśli będziesz pokazywać się ludziom jak pyza kartoflana, to będą odnosić się do Ciebie jak do pyzy, pamiętaj dziecko, staraj się sama siebie przedstawiać ludziom jak tort paryski, a ludzie będą Cię traktowali jak paryski tort z kremem… Ucałowania z Wiednia śle Ci twoja ciocia … Pišinka”.

Bohumil Hrabal, Wesela w domu : czytadełko dla dziewcząt, przekład Piotr Godlewski.

List, który Elisabeth-Elišce-Pipsi wskazał drogę. Kupi granatową sukienkę i „czerwone pantofle na wysokich obcasikach, pantofle w kolorze koralowym, pantofle tak czerwone, jak czerwone były kiedyś moje rabaty salvia splendens, kwiatów płomiennej miłości. I jeszcze „najpiękniejszy parasol, niebieściuchny parasol z rączką z usztywnionego jedwabiu”. Pipsi odmieni się ze smakiem. Już nie pyza. Teraz będzie paryskim tortem. I gdy się głowa podniesie, plecy wyprostują, gdy spojrzy ludziom w oczy – wszystko staje się lepsze. Jedzie Pipsi tramwajem, libeńską główną aleją, nic nie umknie jej uwagi, bo wszystko stało się nieoczekiwanie piękne: most na Rokitce i szpital na Bulowce, witryny sklepów, domki, fabryczki i gospody. Jedzie odwiedzić doktora, którego poznała ledwie wczoraj, pokaże się mu już nie pyzą, ale najprawdziwszym tortem i nie tyle o opakowanie tu chodzi, co o ową głowę podniesioną. Ona jest rozbitkiem z tamtego świata, on jest rozbitkiem, Libeň będzie ich rajem na ziemi.

Doktor i Elisabeth-Pipsi, Bohumil Hrabal i Eliška Plevova, a wokół Praga-nie-Praga, trochę peryferia, trochę prowincjonalne miasteczko. W 1950 roku Hrabal „dostał” mieszkanie w Libni, przy ulicy Na Grobli (Na Hraži) 326/24, to jedno pomieszczenie z drzwiami wprost z podwórza, może kiedyś był tu warsztat kowala.

Ten pokój Na Grobli kochałem jak wariat.

Pełen zachwytu krąży po libeńskich ulicach i podwórkach, po gospodach. Czytając Hrabala czytamy dawną Libeň, dziesiątki knajp codziennych, niewyszukanych, po sąsiedzku oswojonych. Czeskich gospód, jakie jeszcze i dziś, choć z trudem, można znaleźć, byle tylko nie zbliżyć się nadto do turystycznych szlaków.

Zatrzymaliśmy się przed rozświetloną ogródkową restauracją, pod starymi kasztanami stały stoły, przy których siedzieli goście, w altance grała orkiestra dęta, między drzewami porozciągane były druty i wisiały lampiony, rozbrzmiewały ludzki śmiech i wesoły gwar, przytłumione rozmowy, goście unosili kufle i spełniali toasty [..] wieczór był ciepły i marynarki wisiały na oparciach krzeseł, stary restaurator toczył piwo, ludzie tłoczyli się przed szynkwasem i wychylali duszkiem kufle piwa

Wesele w domu, Bar Świat, Vita nuova można czytać jak przewodniki po dawnej Libeni. Jedzie Pipsi tramwajem, wygląda przez okno i  cieszy ją ten widok

Czytałam nazwy restauracji, czytałam: Bar „Świat”, a potem „Pod Sokołem”, a następnie „Pod Zielonym Drzewem”, a później „U Libuszy” i znów „Pod Starym Mamrem”, a potem znów „U Żebraka” i „U Karola IV”,  i „Pod Herbem”, i „U Ferklów” i wreszcie malutkie bistro „W Kuźni”. i tam wysiadłam, wzruszyła mnie maleńka cukierenka koło Bulowki, cukierenka w niskim domku

W słoneczny dzień doktor i Pipsi idą tam, gdzie Rokitka wpada do martwej odnogi Wełtawy, będą kapać się Na Palach, w najpiękniejszym miejscu nad rzeką. Z oddali patrzą na „Kuchenkę” na Pelc-Tyrolce w Małych Holeszowicach, ogródkową restaurację, która – zanim zaopiekowały się nią  uspołecznione „Restauracje i Jadłodajnie” –

mogła pomieścić trzystu wycieczkowiczów, ale teraz żyjemy w epoce, która tego piękna nie lubi, tam na Pelc-Tyrolce były w środku drewniane stoły z lipowego drewna, a pod ścianą masywne ławy i ciężkie drewniane krzesła, lecz w zeszłym roku wszystko to usunięto i zamiast tego ustawiono tam krzesła z bakelitu, bakelitowe stoły, które chłodzą, bo jest inna epoka, i to wspaniale, że my dwoje stoimy tu i patrzymy na to piękno […]. rozumie pani, co mam na myśli, złamała się deska, my zaś znajdujemy się pośród tych drzazg, w miejscu jej przełamania, więc drzazgi kłują nas, więc wbijają się w nasze ciała […] niechże pani niczego już nie żałuje, wszystko, co pani miała, wszystko to odeszło, przepadło i może pani jedynie patrzeć na to i być dumna, może pani patrzeć na ten swój upadek, ale wzrok musi pani kierować w górę, musi pani śmiać się z tego upadku, jedynie w taki sposób wyzwoli się pani, oswobodzi i będzie równie szczęśliwa jak ja

Tort, nie pyza. Pamiętaj.

A idąc dalej dojdą do zrujnowanej restauracji „U Kuchcików”:

restauracja ogródkowa, nawet dla dzieci, Jugenstil, kawalątek Grinzingu, pamiątka po starej Austrii, kawalątek Wiednia, wszystko już jednak jest opuszczone, a więc bez ludzi, a więc dla naszych oczu, które potrafią mieć zrozumienie dla tego, co zostało wyrzucone do lamusa […] doktor szedł na palcach, wszedł do dziecięcej altanki, odgarnął liście ze stolika pośrodku, zatarł ręce… – Tutaj coś przekąsimy

Co piją, wiadomo. „Mój stosunek do piwa jest sakralny, mógłbym rzec aprioryczny” mawiał Hrabal. Co jadali, wiadomo. Mięso z mięsem, jak to Czesi. Na wycieczki Pipsi zabiera kromki chleba smarowane wieprzowym smalcem, sznycle z chlebem albo wieprzową pieczeń, obiad w domu to  gulasz albo knedliki z sosem z polędwicy, śniadanie w składzie makulatury, w którym pracuje doktor – przyniesiony z garmażerii gorący klops.

ten klops był wyśmienity, nie klops z delikatesów, lecz zwyczajny, dziesięć deka za dwie korony

A w libeńskiej gospodzie?

od rana świeciło słońce i pan Vaništa w białej szacie toczył to swoje niebiańskie dziesięciostopniowe piwo z browaru smichowskiego, a jego pani Boženka przez korytarz przynosiła z także zalanej przedpołudniowym słońcem kuchni niebiańskie talerze z dymiącym gulaszem i flakami z papryką i talerze z marynowanymi rybkami

Trwało to blisko ćwierć wieku. W 1973 roku Hrabalowie przeprowadzają się do spółdzielczego mieszkania w bloku w dzielnicy Kobylisy, ich przystań Na Grobli już od lat sypała się, instalacje odmówiły współpracy, inspekcja sanitarna odmówiła zgody na użytkowanie lokalu. Z balkonu na piątym piętrze będzie widać Libeň… Piętnaście lat później, w związku z budową stacji metra Palmovka wyburzono budynki po jednej stronie ulicy Na Grobli, również i ten, w którym spotkali się i przytulili szczęśliwi rozbitkowie: doktor z Pipsi, Bohumil z Eližką.

 P1060085.JPG

Z libeńskich knajp niewiele więcej zostało. Tomaš Mazal (Praga z Hrabalem, przeł. Jakub Pacześniak) skrupulatnie opisuje to co było, a nie jest. Wymienia te nieliczne, które przetrwały, choć do siebie dawniejszych niepodobne. Przy ulicy Na Grobli winiarnia „U Hrabala” próbuje zdyskontować sentyment do pisarza, a parę domów dalej – znak czasu – wegetariańskie bistro… Wydaje się, że najbliżej byłoby doktorowi do tej prostej jadłodajni przy sklepie rzeźnika, w ciemnym wnętrzu przy wysokich stolikach stają od rana mieszkańcy Libeni z kuflem piwa, nad kiełbasą, kiszką, klopsem, golonką.

p1060082

Reklamy