Tagi

, , ,

Budka stała przy Grossneumarkt, placu w dzielnicy portowej: wietrznym, brudnym, wybrukowanym kocimi łbami. Na placu kilka kostropatych drzewek, pisuar i trzy stragany, przy których spotykają się włóczędzy i piją algierskie czerwone wino z plastikowych kanistrów. Po stronie zachodniej szarozielona, przeszklona fasada towarzystwa ubezpieczeniowego, dalej kościół świętego Michała, którego wieża popołudniu rzuca cień na plac […] Przy Bruderstrasse mieszkała jedna z moich ciotek, którą jako dziecko często odwiedzałem, zwykle ukradkiem. Ojciec zabraniał mi. Okolicę nazywano małą Moskwą […]  Później, gdy wpadałem do Hamburga, zawsze zachodziłem do tej dzielnicy, szedłem ulicami, obok domu ciotki, która przed laty już umarła, aby w końcu – i to był właściwy powód – zjeść Currywurst przy budce Frau Brücker. – Hallo – mówiła Frau Brücker, jakby nie widziała mnie ledwie od wczoraj – To co zawsze?

Uwe Timm, Die Entdeckung der Currywurst [Odkrywanie Currywurst], Kiepenheuer & Witsch, Köln 1993

Currywurst. Smażona albo grillowana kiełbaska wieprzowa pokrojona w plastry, doprawiana curry, łagodną musztardą, keczupem i czarnym pieprzem. Podawana z chlebem albo z frytkami  i obowiązkowo z konserwowym ogórkiem. Na tekturowym talerzyku. Na ulicy. Na stojąco. Podobno Niemcy zjadają rocznie 800 milionów sztuk… Ale nie w tym rzecz. Czy jest jakaś inna kiełbaska, która została bohaterką książki, sztuki teatralnej, filmu, piosenek? Która ma swoje muzeum?

Narrator powieści Uwe Timma szuka źródeł nieoczywistego smaku kiełbaski w sosie lekko orientalizującym, która w trudnych powojennych czasach zdobyła popularność i cieszy się nią do dziś. Znajduje  i odwiedza w domu opieki wiekową już panią Brücker. Chce, by opowiedziała mu historię Currywurst. A ona opowiada mu długą historię wiosny 1945 roku, historię końca wojny w Hamburgu, historię spotkania czterdziestoletniej wdowy-nie-wdowy i młodego żołnierza z U-Boota. On wierzy w sens walki i w geniusz marszałka Dönitza, ale instynkt samozachowawczy każe mu nie stawić się w jednostce pancernej, do której dostał przydział. Ona przygarnie dezertera, ukryje, posadzi przy swym kuchennym stole, położy do swego łóżka, będzie mu matką, siostrą, kochanką, jedynym kontaktem ze światem. Karmi go. Jest kucharką w kantynie, do tej pory nie znosiła gotowania, teraz po raz pierwszy gotuje z radością. W Hamburgu pod koniec wojny jest głodno. Oczywiście, realia Hamburga 1945 roku nie wzruszą nikogo, kto pomyśli o niemieckich obozach albo o głodzie powstańczej, a  potem wysiedlonej Warszawy, to jest dogorywająca, ale jednak Rzesza, można być głodnym, ale się nie głoduje.

Kucharka z kantyny dogadza swemu gościowi, jak tylko potrafi. Na przykład fałszywą zupą rakową: marchew, ziemniaki i seler rozgotowuje na aksamitny mus, dodaje przecieru pomidorowego, kopru i zielonej pietruszki. Mimo tych kulinarnych cudów, mimo jej oddania i czułości on zapada się w sobie, nie radzi sobie ze sobą-dezerterem, tej samotności, strachu, wstydu i poczucia bezsensu nie przewidział. Pyta o wieści z frontu, nie dowierza. Ona na mieście słyszy: koniec wojny, amnestia dla dezerterów. Uniesiona radością, że oto koniec jego udręki i lęku, pragnie uczcić ten dzień: zdobywa cztery jajka, kilo ziemniaków, litr mleka, kawałek masła i pół gałki muszkatołowej. Na nowy, dobry początek przygotowuje mu jajka sadzone i ziemniaczane purée. On je powoli z kamienną twarzą. Nic. Stracił smak. Wojna skończona i coś skończyła w nim. Na nic jej starania. Droga pani – mówi lekarz – to rodzaj zatkania kubków smakowych na skutek stresu. Jak je otworzyć? Może jakiś mocny smak, silny aromat, może imbir, kolendra, curry? Remedia nie do zdobycia… Smak nie powraca i nie powraca bliskość między nimi. On, rzecz jasna, odchodzi. Bo ich relacja się wyczerpała, bo jest w wieku jej syna, bo ona widziała jego słabość, a on ma gdzieś młodą żonę i małe dziecko. W powojennym Hamburgu Lena  Brücker radzi sobie, jak potrafi, a potrafi gotować – niezbyt wymyślnie, pożywnie, w sam raz na te czasy. Załatwia sobie budkę na placu, i piecyk do niej, organizuje dostawę cielęcych kiełbasek. Brytyjski intentent, w zamian za futro wiewiórcze dla żony, obiecuje olej i keczup. Wszystko gra. Frau Brücker przychodzi wymienić futro na wiktuały, a tu –  przykra niespodzianka, oleju brak. „Mogę Pani dać pięć połci słoniny albo kilogramową puszkę curry”.  Curry, to poszukiwane, jak bardzo wtedy upragnione lekarstwo na utracony smak i uczucie! Wspomnienie, żal, impuls – pani Brücker, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, bierze puszkę żółtego proszku. Niesie swą zdobycz w kartonowym pudle, chyba oszalałam, myśli, dobrze że chociaż keczup, gdybym to curry znalazła wtedy, zapada się we wspomnienia. Potyka się na ciemnych schodach. Trzy butelki keczupu stłuczone, puszka przewróciła się, żółty proszek wymieszał z czerwoną mazią… Siada na schodach i płacze nad wszystkimi swoimi stratami..

przyniosła kubeł na śmieci, już zamierzała wyrzucić zawartość kartonu, ale bezwiednie polizała umorusane palce – polizała jeszcze raz, nagle ożywiona, i jeszcze raz, to było dobre, ostre, ale nie nazbyt ostre, jakby wilgotno-owocowe, roześmiała się z tego pięknego wypadku

Gdy wyrzuciła mieszankę do brytfanny i podgrzała na gazie, kuchnia wypełniła się powoli aromatem… zapach jak z tysiąca i jednej nocy, Ali Baba i czterdziestu rozbójników, Róża Stambułu – baśniowy świat. Cały wieczór Lena Brücker radośnie eksperymentuje, dodaje i ujmuje, czarny pieprz i gałka – tak, wanilia – czemu nie, może odrobinę anyżku i gorczycy? A następnego dnia, w mroźny dzień w wietrznym Hamburgu pierwsi klienci zdegustowali pierwsze Currywurst, zrodzone z tęsknoty i żalu, a przynoszące ciepło i uśmiech.

Tyle Uwe Timm i jego legenda Currywurst. Oficjalna wersja jest taka: po raz pierwszy zaserwowała ją w Berlinie 4 września 1949 roku Herta Heuwer, do smażonych kiełbasek wieprzowych dodała sos nazwany „Chillup”, sporządzony z ingrediencji otrzymanych od brytyjskich żołnierzy, czyli keczupu, sosu Worcestershire i curry w proszku. Do dziś cieszy się niezwykłą popularnością. Zanim Timm napisał tę powieść i zanim na jej podstawie powstał film z Barbarą Sukową (2008), Herbert Grönemeyer śpiewał o niej  Currywurst (1982), jak popularna to piosenka, można się przekonać na nagraniu z koncertu w   Dortmundzie, 9.11.2012, po trzydziestu latach śpiewają ją z Grönemeyerm tysiące fanów w każdym wieku…

Jakby tego było mało, kiełbasa doczekała się swego muzeum, w Berlinie przy Checkpoint Charlie: Currywurstmuseum   Nie byłam, nie widziałam, następnym razem w Berlinie nie omieszkam. Nigdy nie byłam entuzjastką kiełbasy, nawet w czasach, gdy zaliczałam się do drapieżników. Ale kiedyś próbowałam, bo być na Alexanderplatz w Berlinie i nie zjeść Currywurst to tak jak w Wiedniu zignorować Wienerwurst w budce na placu świętego Szczepana albo przejść obojętnie obok kanapek Trzesniewskiego. Kiełbaska jak kiełbaska, ale sos był niezły, w pewien sposób ożywczy, odnajduję go w książce Timma, gdy pisze, jak to w grudniowy, zimny i szary dzień rozgrzewał i dodawał barwy smutnym dniom klientów Leny Brücker przy Grossneumarkt. Kuchnia niemiecka, wiadomo, przyciężka, niezbyt wyrafinowana. Ale kilka smaków doceniam: to frankfurcki zielony sos (niezwykle aromatyczny, bo z całej wiązki ziół przyrządzany) i Rote-Grütze, purpurowy sos owocowy, niezrównany towarzysz waniliowych lodów. Currywurst to inna kategoria, ale spróbować warto. Ciekawe, czy pojawi się na Pop-into-Berlin? (Zachwyć się Berlinem w Warszawie) Chyba nie, przewidziane są „najnowsze berlińskie trendy w kulturze, sztuce, kulinariach, modzie, urodzie i lifestylu”. A Currywurst zasiedziała w berlińskiej tradycji od dawna…

Reklamy