Tagi

,

Wiadomo: w literaturze szwarccharakter zawsze będzie obiektem ciekawszym niż anioł dobroci, grzechy i przywary bardziej są wyraziste niż cnoty.  I u Balzaka wizerunki czułych serc i szlachetnych umysłów jakże są blade są wobec krwistych postaci  oszustów, krętaczy, krwiopijców, cynicznych młodzieńców i obleśnych lichwiarzy. Pan  Grandet, skąpiec-milioner, podły intrygant i domowy tyran należy do klasycznych typów w tej galerii: rządzi niepodzielnie w ponurym domostwie w Saumur, żona (jak jej na imię? czy pozostaje bezimienna, po prostu „pani Grandet”?), córka Eugenia i służąca Nanon grają tak, jak on zagra, nikt mu się nie sprzeciwi, sama tylko myśl o nim paraliżuje domowników. Trzymanie w ryzach domowego gospodarstwa najpełniej wyraża się w reglamentowaniu żywności.

Uzbrojony  w klucze, stary przyszedł, by wydać żywność na cały dzień.

– Czy zostało co z chleba z wczoraj? – rzekł do Nanon.

– Ani okruszyny, proszę pana.

Grandet wziął wielki okrągły bochenek, pięknie zatarty mąką i zabierał się do krajania, kiedy Nanon rzekła:

– Jest nas dziś pięcioro, proszę pana.

– Tak – odparł Grandet – ale ten bochenek waży sześć funtów; zostanie jeszcze.

 

Honoré de Balzac, Eugenia Grandet, tłum. Tadeusz Boy-Żeleński

Grandet sam czuwa nad ustalaniem jadłospisu, żona nie ma tu nic do powiedzenia, nie jest zdolna zrozumieć jego zasad. Przykazanie pierwsze: pieniądz nie ma prawa opuścić sakiewki, jak tylko w momencie najwyższej potrzeby. W czasach, gdy nawet najskromniejsze gospodarstwa zaopatrują się w piekarni, u Grandetów piecze się w domu, raz w tygodniu. Nie kupuje się mięsa, chłopi dostarczają daniny w naturze: a to drób, a to dziczyznę, a to ryby – czego pan domu nie sprzeda, trafi na jego stół. Aby ugotować bulion, najlepiej upolować kruka… Jada się mało.  Każdy domownik ma prawo do dwóch malutkich kawałków cukru dziennie. Pan Grandet osobiście zajmuje się w wolnych chwilach odkrawaniem owych kawałków, cukier ciągle jeszcze jest sprzedawany w głowach. Niegdyś bezcenny, za Restauracji przestał być towarem luksusowym, jego cena znacznie spadła gdy upowszechnił się cukier buraczany. Nic to – dla pana Grandet konieczność oszczędzania cukru, nabyta za cesarstwa, stała się jednym z niezniszczalnym nawyków.

 

– Ale, ale, toć mi pan dał sześć kawałków cukru, potrzeba mi osiem. [..] pański bratanek, czym osłodzi kawę?

– Będzie miał dwa kawałki, ja się obejdę. […]

Mimo spadku cen cukier był zawsze w oczach winiarza najcenniejszym z towarów kolonialnych, zawsze kosztował dla niego sześć franków funt.

 

Kawa już dawno we Francji przestała być luksusem, stała się najpopularniejszym napojem  wszystkich klas i grup społecznych: jedni piją z  sewrskich filiżanek, inni z glinianych czarek –  od hrabiny i dandysa po handlarzy z Hal, wszyscy zaczynają od niej dzień. Więc i pan Grandet nie śmie odmówić swej rodzinie tego napoju, ale przykazuje Nanon przyrządzać kawę bardzo słabą. Menu Grandetów tak podsumowuje Anke Muhlstein (Garçon, un cent d’huîtres ! Balzac et la table, Odile Jacob/Histoire, 2010):

 

Jak więc jadano w tym domu? Po przebudzeniu filiżanka kawy, o godzinie 11 ledwo co, nie zasiada się nawet do stołu. Jedzenie nie sprawia żadnej przyjemności. Na stojąco zjada się jakiś owoc, przegryza kawałkiem chleba i popija  kieliszkiem białego wina. Dodajmy, że wino w Saumur kosztuje tyle co nic i pija się tu wino tak, jak w Indiach herbatę. Na obiad składa się zupa i kawałek kury. […]  Tę klasztorną dietę, która musiała być korzystna dla zdrowia, skoro nikt w tej rodzinie nigdy nie choruje, domownicy uznają w końcu za normalną.

 

Wszystko działa jak w dobrze naoliwionym zegarku, aż do owego feralnego wieczoru, gdy w progu domostwa Grandetów staje bratanek pana domu, młody, elegancki, obyty w świecie, wydelikacony paryżanin. Kuzynek Karol, syn bankruta i samobójcy. Dla pana Grandet kłopot nie lada (choć niebawem z tego kłopotu wyciągnie korzyści, które zamknie w swym skarbczyku…). A kobiety… Wyposzczone kobiety poddają się urokowi gościa: tak zrezygnowana, przedwcześnie postarzała matka, jak i córka, niewinna prowincjonalna gąska, a nawet groźna Nanon. Dla wszystkich jest jasne, że surowa i smutna aura ich domu nie przystaje do nawyków i potrzeb paryżanina, który niby przybysz z innej planety wylądował w Saumur: elegancki, pachnący, o białych dłoniach, z jedwabnym szlafrokiem w neseserze… Eugenia, zakochana w Karolu od pierwszego wejrzenia, pragnęłaby nieba mu przychylić. Póki co postanawia wzbogacić wikt domowy. Słusznie domyśla się, że młody człowiek nie ma w zwyczaju zadowalać się rano filiżanką kawy. Rozpoczyna się akcja: śniadanie dla paryżanina.

 

– Nanon, moja Nanon, zrób śmietanki do kawy dla kuzynka […] zrób placuszek.

– A kto mi da drzewa do pieca, a mąki, a masła? – rzekła Nanon […] – Mam okradać pana, aby dogadzać kuzynkowi? Poproś panienka o drzewo, o mąkę, o masło, toć to panienczyn ojciec, może panience dać. O, właśnie idzie, aby obejrzeć zakupy…

Eugenia uciekła do ogrodu, przerażona skrzypieniem schodów pod nogami ojca.

 

Paraliżuje ją myśl, że  mogłaby ojca o cokolwiek poprosić. Ostatecznie Nanon zgadza się dokupić cukru i kawy za parę groszy, jakie dziewczyna wysupłuje ze swych oszczędności.

 

Nanon wróciła z dwoma świeżymi jajkami. Widząc jajka Eugenia miała ochotę rzucić się jej na szyję.

– Nasz dzierżawca z Lande miał je w koszyku, poprosiłam go i dał mi, żeby mi zrobić przyjemność: poczciwina!

 

Śniadanie dla kuzynka zdaje się być lukullusową ucztą.

 

Widząc stolik umieszczony koło ognia, fotel przed nakryciem kuzyna, widząc dwa talerze z owocami, kieliszek na jajka, butelkę białego wina, chleb, cukier na spodku, Eugenia zadrżała na całym ciele na samą myśl o spojrzeniu, jakim zmierzyłby ją ojciec, gdyby wszedł w tej chwili

 

Piękny panicz w końcu, koło jedenastej, budzi się i wstaje, zaczyna się tragikomedia.

 

 

[…] chętnie zjadłbym co, jakiś kawałek drobiu, skrzydełko kuropatwy.

– Matko Najświętsza! – wykrzyknęła Nanon słysząc te słowa.

[…] -Ma pan, drogi paniczu – rzekła, przynosząc jajka – dajemy panu kurczęta w skorupkach.

 

Kuzynek nie obstaje przy drobiu, jest zachwycony świeżymi jajkami, ale kawa jest obrzydliwa. No cóż, mimo, że Nanon podwoiła porcję, kawa à la Grandet pozostaje jedynie zabarwioną wodą.

 

– Co to takiego? – spytał Karol śmiejąc się.

– To kawa gotowana – rzekła Nanon.

– A, droga ciociu, zostawię przynajmniej dobroczynny ślad mego pobytu. Strasznie jesteście zacofani! Nauczę was robić kawę w maszynce Chaptal.

 

[w całej Francji upowszechniły się już dwukomorowe kafetiery z filtrem, przede wszystkim model Chaptal. Balzak, kawowy nałogowiec, preferował urządzenie Dubelloy, podobno gwarantujące napar szczególnie intensywny i pobudzający. U Grandetów nadal podaje się kawę gotowaną, mętną, zapewne podobną w smaku do kawowej zawiesiny znanej u nas, nie wiedzieć czemu, kawą po turecku]

 

Nagle – katastrofa! słychać kroki pana Grandet. Pani Grandet zrywa się jak spłoszona łania, Eugenia chwyta spodeczek zostawiając na stole jedynie dwie kostki cukru. Nanon sprząta szybko talerz ze skorupkami  jajek. Na próżno. Grandet przyłapuje je na gorącym uczynku, mrozi żonę lodowatym spojrzeniem i dziwi się, że córka ma czelność poczęstować go winogronami. Szybko przywraca domowy porządek. Wkrótce i Karol będzie musiał podporządkować się dyscyplinie narzuconej przez stryja. (A. Muhlstein)

Dalszy ciąg historii znamy, jej etapy znaczą wydarzenia coraz to smutniejsze.  Karol wyrusza zdobyć majątek w Indiach, a Eugenia, by ułatwić mu start,  ofiarowuje mu złote monety, całe swe oszczędności. Gdy ojciec dowiaduje się o tym geście, wpada w furię i skazuje córkę na odosobnienie o chlebie i wodzie. Pani Grandet umiera, w ostatnich słowach uprzedzając córkę, że „szczęście istnieje tylko w niebie”,  a Eugenia, której Karol nigdy nie dał znaku życia, pozostaje sama u boku tyrana. I cóż… ta czuła panienka powoli, ale nieuchronnie wchodzi w utartą koleinę, przejmuje zasady i nawyki ojca, przez lata tresury, mimo woli i mimo buntowniczych porywów serca, jej skorupka nasiąkła… Zrezygnowana, oszczędna do bólu, nie zazna prostych życiowych przyjemności. W tym – rozkoszy stołu. Gdy po śmierci ojca stanie się milionerką, za późno dla niej, dla jej umysłu, duszy i ciała, na smakowanie życia. Już tylko w uczynkach miłosierdzia znajdzie  ukojenie.

Jak to nieraz w życiu, a u Balzaka nader często bywa, w całej tej historii szczęśliwy jest jedynie Grandet, prowincjonalny Harpagon, którego paliwem i pokarmem są brzęczące sztuki złota

 

mówiąc żargonem finansistów pan Grandet miał coś z tygrysa i z węża boa: umiał położyć się, zwinąć w kłębek, długo wpatrywać się w swą ofiarę, wreszcie skakał; potem otwierał szeroko paszczę swej sakiewki i połykał porcję monet, w końcu kładł się spokojnie, niczym wąż który trawi, nieporuszony, zimny, metaliczny

 

Na progu śmierci straszny staruch mówi do córki:

– Czuwaj nad złotem… połóż złoto przede mną….

Eugenia układała dukaty na stole, a on trwał tak godziny całe z oczami wlepionymi w dukaty […]

– To mnie grzeje – mówił czasami, przybierając wyraz błogości

 

Mimo wszystko,  o ileż to bardziej malownicze, niż wpatrywanie się w wykresy giełdowe i wyciągi bankowe…  Blask złota – źródło ciepła i sytości niegdysiejszych skąpców, szczególna odmiana bretarianizmu?

 

 

 

 

 

 

Reklamy