Tagi

,

Hans Castorp przybywa do Davos w odwiedziny do kuzyna, sam oczywiście zdrów jak ryba, on tu tylko na chwilę, jeszcze nie wie, czy mu się w tym szczególnym miejscu spodoba, tym bardziej nie wie, że sanatorium Berghof zassie go na długo, że niewinne mierzenie temperatury przestanie być niewinne – i że to życie wyda mu się niebawem prawdziwsze niż tamto, gdzieś „w dole”. Na razie zasiada z Joachimem w restauracji do pierwszego „na górze” posiłku, jeszcze jest gościem, jeszcze nietutejszy. To przedsionek, miejsce styku dwóch światów. I od razu miło go zaskakuje:

Jedzenie było doskonałe. Podano zupę szparagową, faszerowane pomidory, pieczeń suto garnirowaną, wyjątkowo smaczną leguminę, sery i owoce. Hans Castorp jadł bardzo wiele […] ponieważ dbał o swoje zdrowie, przeto jadał dużo nawet wtedy, kiedy nie był głodny. Joachim ledwie tknął potraw. Mówił, że mu się tutejsza kuchnia przejadła, że oni wszyscy tutaj mają jej dosyć i że się już przyjęło wymyślać na jedzenie, bo przecie siedząc tu wieczność całą z okładem…

Tomasz Mann, Czarodziejska góra, tom I, tłum. Józef Kramsztyk

Narzekają, ale nie mogą się oprzeć. Hassliebe. Jedzą dużo, jedzą zachłannie, może nawet: pochłaniają, kompulsywnie, bez umiaru. Z łakomstwa, dla zdrowia, z nudów – te trzy przyczyny splatają się w nierozerwalny supeł.

Rytm posiłków przeplatanych werandowaniem, polegiwaniem na arcywygodnych leżakach, a właściwie leżankach, wciąga wszystkich. Znają to wszyscy pensjonariusze miejsc tymczasowego odosobnienia: wyprawa do jadalni, wspólnota posiłku to ważny punkt programu. Jadalnia Berghofu jest areną towarzyską, jest sceną, na której każdy ma do odegrania swą rolę i na której przypatrzy się współtowarzyszom w chorobie. Świat w pigułce, przedstawiciele iluż nacji się tu gromadzą, przekrój przez społeczne warstwy, choroba nie wybiera, nie są wobec niej równi, stół rosyjski „lepszy” nie zniży się do kontaktu ze „gorszym” stołem rodaków. Ale wszyscy grają w tej samej sztuce. Są role pierwszoplanowe i drugoplanowe, są wielkie entrée, są i ci, którzy przez cały pobyt będą tylko trzymać halabardę. Nie każdy zabłyśnie. Ale patrzeć może każdy, i analizować, i rozpamiętywać. Jak Joachim, którego myśli krążą wokół Marusi; siedzą miesiącami przy jednym stole…  i nie zamienią ani słowa. Albo jak Castorp, który bacznie przygląda się Kławdii Chauchat, rozmawia o niej z sąsiadką przy stole, komentuje jej zachowanie, strój, kompanię – z oddali.

Dziś aplikuje się gruźlikom dietę pożywną, ale lekką, bogatą w białko, warzywa i owoce. Gdy w 1854 roku Herman Brehmer, zwolennik klimatyczno-dietetyczno-higienicznego leczenia tuberkulozy założył w Goerbersdorf w Sudetach pierwsze sanatorium, za kluczowe elementy terapii uważał klimat górski, który dzięki niższemu ciśnieniu powietrza powodował szybszy obieg krwi i tym samym przyspieszał tętno pacjentów oraz dietę – bogatą, mieszaną, z dodatkiem napojów alkoholowych. Zachwalane przez pierwszych ftyzjatrów zimne natryski zastąpiono wkrótce wielogodzinnym leżakowaniem na świeżym, czasem bardzo świeżym, mroźnym powietrzu. Komu pomogło, ten zdrowiał. A jadłospis musiał zapewnić suchotnikom tyle kalorii, żeby rozgorączkowane ciało miało co spalać bez szkody dla walczącego z chorobą organizmu. Więc jada się w Berghofie często i obficie. Pensjonariusze przypominają nam trochę nieszczęsne gęsi karmione przemocą i bezustannie. Ale oni poddają się torturze z lubością. Bo i jest czym się delektować.

Dzień rozpoczyna poranne petit déjeuner, śniadanie, które Castorpa kontentuje

z przyjemnością stwierdził, że pierwsze śniadanie traktowano tu jako ważny posiłek

To nie będzie kawa z rogalikiem. Jest ryż na mleku z cynamonem i cukrem, owsianka, jajecznica, zimne mięsa, marmolada, miód, ser szwajcarski, świeże i suszone owoce, kakao, kawa, herbata… O godzinie 11 następuje… znów śniadanie, które nazwalibyśmy „drugim”. Po części powtórka: zimne mięso na grzankach, kasza owsiana, dużo masła i owoców. Ale najważniejsze jest mleko, tłusty, pożywny, życiodajny napój

w sali było biało od mleka: przy każdym nakryciu stała pełna, prawie półlitrowa szklanka

Za parę godzin obiad, który

był równie obfity jak świetnie przyrządzony. Wliczając weń pożywną zupę, składał się z nie mniej niż sześciu dań. Po rybie było garnirowane mięso, potem bukiet jarzyn, pieczony drób, legumina, wreszcie ser i owoce.

Przed wieczorem musi znaleźć się chwila na podwieczorek zwany „herbatą”, choć

w jadalni podawano wszelkie napoje, jakie tylko mogły wchodzić w grę o tej porze. Miss Robinson piła znowu krwistoczerwony odwar z głogu, a amatorka jogurtu jadła go łyżkami. Poza tym było mleko, herbata, kawa, czekolada, a nawet rosół, i wszyscy goście, choć po sutym obiedzie spędzili dwie godziny w pozycji leżącej, z zapałem smarowali sobie masłem wielkie kawałki ciasta z rodzynkami

Hmmm, a jakie to napoje nie wchodziły w grę o tej porze? Przecież nie alkohol, bo tym raczą się pensjonariusze przez cały dzień (teoria o zbawiennym wpływie alkoholu jeszcze nie całkiem została zakwestionowana)? I w „Berghofie”, i podczas przechadzek po kurorcie: ambulują niespiesznie ku Kurhauzowi, tam usiądą, odpoczną, poproszą o „odświeżające napoje rozcieńczane wodą sodową”: będzie lemoniada, ale i anyżówka, i wermut, i wino, i porto. A już nadchodzi pora na kolację, nie mniej obfitą niż obiad. Castorp

jadł zupę jarzynową, pieczone i smażone mięso z garniturem, dwa kawałki tortu, który zawierał wszystko: ciasto makaronikowe, krem maślany, czekoladę i marcypan, wreszcie zakończył doskonałym serem i pumperniklem

A przed spaniem, jeszcze coś na wzmocnienie i na dobry sen. Na balkonie

koło stosu książek stała szklanka tłustego mleka wieczornego; koło dziewiątej jeszcze przynoszono je do pokoju wszystkim mieszkańcom „Berghofu”, a Hans Castorp dodawał do niego łyk koniaku, by uczynić je smaczniejszym

To dzień powszedni. A świąteczne menu? Posiłki

nie mogąc być obfitsze niż zwykle, odznaczały się przynajmniej większym wyrafinowaniem potraw […] na obiad było chaud-froid z drobiu, przybrane rakami i połówkami wisien, do lodów podano pâtisserie w koszyczkach plecionych z karmelu, a potem świeże ananasy.

Nie da się ukryć, nie da zapomnieć, że co i rusz ktoś z tej jadalni pełnej smakołyków ubywa, że zostaje więźniem swej choroby, w pokoju, potem już tylko w łóżku karmiony zupą, kaszką, jakąś siekaniną łatwą do przełknięcia. Kto nie zejdzie do jadalni, tego wkrótce zabraknie. Więc może i dlatego tak kompulsywnie jedzą, odżywiają chore ciało, przy stole trzymają się życia…

Każdy półmisek obnoszono dwa razy i nie na próżno. Nakładano sobie na talerze i pochłaniano olbrzymie ilości – wilczy apetyt panował w tej sali, dziki głód, którego widok byłby może przyjemny, gdyby jednocześnie nie sprawiał jakiegoś niesamowitego, a nawet odpychającego wrażenia

Reklamy