Tagi

,

Alfredo Traps, agent branży tekstylnej, „lat czterdzieści pięć, bynajmniej jeszcze nie otyły […] o poprawnych manierach zdradzających co prawda pewna tresurę, trącących czymś prymitywnym i handlarskim” wraca z podróży służbowej swym godnym podziwu i budzącym pożądanie czerwonym studebakerem.  Jest już o godzinę od celu, gdy gaźnik samochodu odmawia współpracy. Traps zmuszony jest szukać noclegu w wiosce. Trafia do willi, której gospodarz, starszy pan, z radością udziela mu go gościny, mało tego, zaprasza na kolację w gronie przyjaciół. Nie tylko na kolację. Zapowiada się interesujący wieczór: trzech miłych, starszych panów, emerytowanych prawników, proponuje mu zabawę w proces sądowy. Role prokuratora, sędziego i adwokata są już obsadzone, siłą rzeczy Traps musi wskoczyć w buty oskarżonego. Zabawa rozkręca się, nabiera tempa i rumieńców wraz z kolejnymi daniami serwowanymi przez gospodynię, mistrzynię nie byle jaką.

Zajęto miejsca za okrągłym stołem. Swojski nastrój, żarciki. Nasamprzód podano najrozmaitsze zakąski, wędliny, jajko po rosyjsku, ślimaki, zupę żółwiową. Nastrój był znakomity, zjadano ze smakiem, chlipano bez żenady.

-No, oskarżony, cóż pan może nam zaprezentować, spodziewam się jakiegoś pięknego, solidnego morderstwa – zarechotał prokurator.

Obrońca zaprotestował.-Mój klient został oskarżony, chociaż nie dopuścił się żadnego przestępstwa, jest to, można by rzec, niezwykle rzadki wypadek w sądownictwie. Oświadcza, że jest niewinny.

-Niewinny – zdziwił się prokurator. Szramy na twarzy błysnęły czerwienią, monokl o mało nie wpadł mu do talerza, kołysał się jak wahadło na czarnym sznureczku. Karłowaty sędzia, który właśnie wrzucał do zupy kawałki chleba, znieruchomiał, spojrzał z wyrzutem na agenta, pokręcił głową, nawet milczący łysek z białym goździkiem wytrzeszczył w zdumieniu oczy. Zapadła niepokojąca cisza. Przestały brzękać łyżki i widelce, umilkły spania i mlaskania.                        Tłum. Andrzej Wirth

 

Nie ma niewinnych. Kto raz, laikiem, wpadnie w tryby wymiaru sprawiedliwości… Dajcie mi człowieka, paragraf się znajdzie… Prokurator ciągnie oskarżonego za język, sędzia wyciąga na zwierzenia, Trapps, jak dziecko, nie zważając na scenicznym szeptem syczane przestrogi obrońcy, daje sobą manewrować, zbyt jest miło, zbyt smakowicie, bawi się zbyt dobrze, by hamować język.

 Agent branży tekstylnej, przedstawiciel generalny, jak możemy go już teraz nazywać, zajął się beztrosko befsztykiem po tatarsku, wycisnął cytrynę, byłą to jego własna recepta – odrobina koniaku, papryka i sól. Lepszego jedzenia nie zdarzyło mu się nigdy kosztować, rozpromienił się cały

Trochę dla żartu, trochę z głupoty, trochę z zadufania – opowiada fakty ze swego życia, które powoli zaczynają się układać w nową, nieoczekiwaną całość, niewinne sytuacje pokazują zgoła odmienne oblicze. Jednak przestępstwo? Romans z żoną szefa – szef umiera śmiercią dziwną – Trapps awansuje… A kolacja rozwija się w najlepsze. Kolacja bardzo klasyczna, kolejno trafiają na stół zakąski, zupa żółwiowa, pstrąg, champignons à la crême, pieczeń cielęca, pieczony kurczak… Wyrafinowane dania wprawiają w błogostan, a z każdą kolejna butelką przedniego trunku oskarżony coraz bardziej ochoczo poddaje się nurtowi procesu.

Kurczak smakował wyśmienicie. Był przyrządzony według sekretnego przepisu Simony, jak oznajmił sędzia. Mlaskano, jedzono rękoma, wychwalając ten arcyprzysmak, pito, trącano się kieliszkami za zdrowie każdego, zlizywano sos z palców, wszyscy czuli się znakomicie i w atmosferze przytulnej swojskości proces znów ruszył z miejsca: prokurator z serwetą zawiązaną wokół szyi, podnosząc kąsek ku układającym się w dziób, mlaskającym ustom, wciąż żywił nadzieję, że jako przystawkę do drobiu otrzyma jeszcze przyznanie się do winy.

 

Gdzieś między sałatą a serami (co za zestaw! Camembert, brie, ementaler, gruyère, tête de moine, vacherin, limburger, gorgonzola…) jest już po agencie Trapsie. Brnie, nie, nie brnie, on już tonie – a tonie z radością, jakby zbrodnia, tak wspaniale obmyślona zbrodnia – prawdziwa czy wydumana – uwznioślała jego życie, nadając błahym wydarzeniom logikę, a życiu sens. Zdrada – tak, intrygi – tak, eliminacja szefa – tak.  To on, nie chwaląc się, tego dokonał. Zabawa wspaniała, nareszcie życie ma smak.

 Zanosi się na wyrok śmierci, zanosi się na wyrok śmierci! Tylko obrońca nie brał udziału w ogólnej radości, podsunął Trapsowi półmisek, namawiając, żeby jadł, muszą się pocieszyć serem, nie pozostało im już nic innego.

Ostatnią kolację w życiu Afredo Trapsa wieńczy kawa i tort.

 Dziękował ze łzami w oczach i zapewniał, że jest to najpiękniejszy dzień jego życia

Sam domaga się wydania wyroku. Zmierza do tragicznego końca w poczuciu szczęścia. Nic lepszego już mu się nie przydarzy. To Koniec.

No cóż, w przebiegu procesu trudno przecenić rolę wypitego alkoholu. To Wielkie Żarcie jest przede wszystkim Wielkim Pijaństwem. Friedrich Dürrenmatt prowadzi Trapsa przez różne fazy upojenia, przez miłe podchmielenie, wzbierania poczucia wartości, przez euforię ku załamaniu. Bo i piją biesiadnicy na umór. Jedzą dobrze, ale piją chyba jeszcze lepiej. Czego oni nie piją! Zaczynają od campari, potem kieliszeczek porto jako aperitif, do ryby – lekki, musujący neuchâtel, dalej pichon-longueville z 1933 roku („dobre bordeaux do dobrej zabawy”), château pavie 1921 („przerósł oczekiwania. Traps wychylał już czwarty kieliszek”), niejedna butelka château margaux rocznik 1914 („sędzia skosztował wina, mlasnął, napełnił kieliszki, po czym inni zaczęli wąchać, popijać, wybuchali okrzykami zachwytu, wychwalali tak świetnego gospodarza”), koniak roffignac 1891, szampan wieńczy dzieło…

Kolacja – marzenie. Kolacja na umór. Ostatnie życzenie skazańca… =========================================================

Friedrich Dürrenmatt Die Panne. Eine noch mögliche Geschichte (polskie tłumaczenie Andrzej Wirth, pod tytułem Kraksa. Historia jeszcze możliwa)

Film Ettore Scoli, La più bella serata della mia vita, 1972 (w Polsce pod tytułem Kraksa)

Reklamy