Tagi

, ,

Wystawa w Antwerpii, a potem w Madrycie, przypomni malarkę mało znaną, chociaż nie całkiem zapomnianą. Wiemy o niej tyle, co nic: Clara Peeters urodziła się w 1594 roku w Antwerpii i zmarła w 1657, tamże, zapewne w międzyczasie przemieszkiwała trochę w Amsterdamie i  w Hadze. Zostało po niej kilkadziesiąt małych obrazków malowanych na desce lub na miedzianej płytce, trzydzieści z nich nosi jej sygnaturę, zwykle umieszczoną na trzonku bogato zdobionego noża, reszta to domysły, hipotezy, znaki zapytania. Tak czy inaczej, niewielki dorobek, jak na długie dość – zważywszy ówczesne standardy – życie. W jej oeuvre znajdziemy prawie wyłącznie martwe natury, w tym gatunku się specjalizowała i nie próbowała z owej niszy wychylić. Może słusznie? Bo gdy raz namalowała w scenie Vanitas kobietę – siebie samą? – to nie jest to udany wizerunek. A na innym obrazie – wiewiórka, zwierzątko, które jest samym ruchem, wdziękiem i zwinnością, siedzi naburmuszone, nienaturalne niczym eksponat muzeum łowiectwa, animalistką Clara też nie była, obiekty żywe to nie jej specjalność (choć niektórzy zachwycają się żywością kota, elektryzującą miękkością jego futerka i lśniącą łuską rybią). Jej żywioł to stół – bogaty, wykwintny, zastawiony do śniadania lub stół tuż po bankiecie, jest flamandzką pionierką ontbijtjes  i banketje, tak popularnych w malarstwie niderlandzkiego Złotego Wieku.

 clara5

ok. 1611, Madryt, Prado

Blat, widziany nieco  z góry,  przykryty obrusem, często wypełnia prawie całe pole obrazu. Tło ciemne, obrus jasny, na obrusie naczynia kosztowne, eleganckie: kielichy, dzbany, misy. Wino białe, wino różowe (czy czerwone ochrzczone obficie wodą?), ostrygi, ryby, karczochy, oliwki, owoce, różne wymyślne formy pieczywa, kandyz, kielichy wytworne, rękojeść nożyka zdobna. Zamożny, nawet bardzo zamożny stół w wielu odsłonach. Wydaje się, że Peeters pracowała na zamówienia, dobre zamówienia za przyzwoite pieniądze. Bo chyba malarki, nawet cenionej, nie byłoby stać na te wszystkie kosztowne przedmioty, na te puchary i patery srebrne albo pozłacane, złote monety, kryształowe kieliszki, biżuterię. Odmalowuje bogactwo swych zleceniodawców takim, jakim chcą, by je widziano. Każdy przedmiot wyraźnie i obiektywnie, odizolowany, sam w sobie i dla siebie, nie wchodzi innym w paradę, nie zasłania, nie pogrąży w cieniu innych obiektów. Urocza jest ta nieco naiwna, nieco infantylna skłonność do dokładnego odtwarzania wyglądu rzeczy, odmalowuje z precyzją wszystkie detale, nie chce zaufać spojrzeniu i pozostawić zarys mglistym i niepewnym, skoro oko nie jest w zgodzie z rozumem, niech rozum decyduje.

Czasem próbuje innej maniery, bardziej swobodnej, ale ta chyba nie leży w jej naturze. Najpiękniejsze obrazy Clary Peeters to właśnie te stoły w poważnym stylu, skrupulatnie odmalowane naczynia, trochę chaotycznie zastawione, soczyste owoce, szkliste, wszystko to nazbyt drobiazgowe, bez polotu i rozmachu, ale z niewymuszonym wdziękiem. Być może była uczennicą Ossiasa Beerta albo z nim współpracowała. Łączy ich suchy, trzeźwy rysunek i zmysłowość w oddawaniu materii, na ciemnym tle lśnią bardziej jeszcze kryształki soli, gładka tłustość masła, łuski karczocha. A może zetknęła się z Janem Brughelem młodszym, zwanym Aksamitnym?

clara4

ok. 1625, Los Angeles, County Museum of Art

Świat ukrytych znaczeń – jak to we flamandzkiej i holenderskiej martwej  naturze – przebogaty (Niderlandiana 7: martwa natura albo zacisze) . Wino i chleb, świeca, owady, przekrojona cytryna, postne sery, czerwone jak krew wiśnie…Czasem symbolika bardziej jeszcze dobitna: ryby ułożone na krzyż po dwakroć przywołują imię Chrystusa.

clara2

1607, zbiory prywatne

Sygnuje obrazy „Clara P”, zwykle na ozdobnym trzonku noża, zawsze tego samego. A czasem ułoży literę inicjału z kandyzu, z ciasteczka. Czy klarowne wino w przejrzystym kielichu też jest jej podpisem? Raczej nie, trunek w szkle to niezbędny element zastawionego stołu, stały motyw martwej natury. A może?

Na owym domniemanym autoportrecie, który umieściła na obrazie wanitatywnym, widzimy kobietę dość nijaką, flamandzkiej urody blondynkę o różowej cerze, nie nazbyt już młodą, sztywną i zdystansowaną. Spojrzenie chłodne, patrzy trzeźwo i stanowczo, ona wie, że wszystko to marność, nawet jeśli ubrała się bogato, sztywny kołnierz z koronki misternej jak sieć pajęcza, na przegubach rąk grubych o spracowanych dłoniach kosztowne bransolety,  a na mocnej szyi – sznur pereł. Jest jakiś fałsz, dysonans między tym trzeźwym, surowym spojrzeniem, a wykwintem stroju i całym zbytkiem, który tę twardą kobietę otacza. Usta wąskie, niby się trochę uśmiecha, ale chyba nieszczerze. Nie podoba się sobie jako modelka, nie wdzięczy się do siebie. I w nas nie budzi sympatii, którą skłonni byśmy byli ją obdarzyć, jako dzielną kobietę, która  z powodzeniem, przez wiele dziesiątków lat radziła sobie w męskim malarskim świecie.

clara1

ok. 1613-1620, zbiory prywatne

Może lepiej zobaczmy ją, a raczej: domyślmy się jej, na wypukłościach tego puchara. Niczym Jan van Eyck, który uwiecznił siebie na tafli zwierciadła za plecami małżonków Arnolfinich, Clara rejestruje własne odbicie na lśniącej jak lustro powierzchni guzów na czaszy naczynia. Ale van Eyck był jeden, a tych kobiet na pucharze – mrowie. Gładka powierzchnia metalu odbija  twarz i dłoń, jak przez mgłę, kontury rozmyte, ledwie zarysowany policzek, nos i lśniące oko. Puchar widzi ją pod różnym kątem, zwielokrotnia się twarz, pięć, dziesięć, kilkanaście szybkich, migawkowych ujęć, jest w tym życie i dialog modelki i malarki w jednej osobie. Wygląda tu Clara, jakby lubiła malować. Miejmy nadzieję, że tak było i że jej życie w tym malowaniu się spełniło.

                            clara7

ok. 1612, Karlsruhe, Staatliche Kunsthalle, fragment

Reklamy