Tagi

, ,

W czasach prosperity, za życia konsula Jana, zamożny, pobożny i gościnny dom Buddenbooków przyciąga gości, zwłaszcza pastorów i misjonarzy

 ze wszystkich zakątków ojczyzny spływali czarno ubrani długowłosi panowie, by przepędzić tam parę dni … pewni bogobojnych rozmów, smacznych posiłków oraz pomocy w formie brzęczącej, przeznaczonej oczywiście na świątobliwe cele.

Na stole, przy którym zasiadają, królują solidne, mieszczańskie dania, trafiające w powszechne gusta, kontentujące wszystkich wielodaniowe obiadki w niezmiennym rytmie: przekąska – zupa – ryba – pieczyste – deser. Niektórzy mają jednak pecha. Gości nazbyt natrętnych uraczy Tonia, de domo Buddenbrook, 1° voto Grünlich, lokalnym, lubeckim, a raczej północnoniemieckim przysmakiem

Od czasu do czasu, gdy konsulowa cierpiała na migrenę, pani Grünlich zajmowała się gospodarstwem i układała menu. Pewnego razu, gdy gościł w domu obcy kaznodzieja, którego apetyt budził ogólną wesołość, zarządziła ona złośliwie specjalność miejscową – zupę ze słoniną. Był to bulion gotowany na kwaskowych jarzynach, w który wrzucało się cały obiad: szynkę, kartofle, kwaśne śliwki, pieczone gruszki, kalafior, groch, marchew oraz inne rzeczy; kto od dziecka nie był przyzwyczajony do tej potrawy, nie mógł jej jeść za nic w świecie.

-Dobre? Dobre, panie pastorze? – pytała bezustannie Tonia. – Nie? Mój, Boże, kto by to mógł pomyśleć! – Robiła przy tym łobuzerską minę przesuwając językiem po górnej wardze, co zwykła była czynić, gdy obmyślała lub płatała jakieś figle.

Tajemnicza “zupa ze słoniny” (w oryginale Specksuppe, więc raczej z boczkiem) to bardziej Eintopf niż zupa. Chyba jakiś wariant popularnej w północnych Niemczech Aalsuppe. Pichci się razem, aż do uzyskania zawiesistego bulionu, mięso od szynki, peklowaną wołowinę, kawałki węgorza, ziemniaki i włoszczyznę. W klasycznej wersji hamburskiej dodaje się suszone śliwki, jabłka i gruszki, które daniu nadają słodko-kwaśna nutę. Jakby tego było mało, serwuje się te zupę-nie-zupę z knedlami i dosmacza kawałkami wędzonego węgorza….A „na wydaniu” trafia do kociołka posiekany pęczek ziół, zwanych Aalkraut – czego tam nie ma: tymianek, majeranek, pietruszka, szałwia, cząber, bazylia, estragon, portulaka, lubczyk, mięta, melisa, niczym we frankfurckim zielonym sosie!  Ratują może  przed niestrawnością. Misz-masz smaków absolutny, raczej niesmak niż smak, raczej symbol niż smakołyk. Czy danie to ma dowodzić gospodarności domu, w którym nic się nie zmarnuje? Czy, wręcz przeciwnie, ma zaświadczać o zamożności domu, w którym tyle różności wrzuca się do garnka?

No cóż, jakby nie było: danie dla amatora. Rozumiemy pastora i – choć to pieczeniarz – trochę współczujemy.

Gruby jegomość odłożył z rezygnacją łyżkę i rzekł prostodusznie:

-Poczekam do następnego dania…

-Będzie jeszcze lekki deser – rzekła skwapliwie konsulowa… gdyż „następne danie” było nie do pomyślenia po tej zupie, toteż pomimo grzanek oraz marmolady z jabłek oszukany duchowny nie nasycił się obiadem.

Reklamy