Tagi

, ,

Na większości fotografii: poważny i sztywny. Twarz pozbawiona mimiki, spojrzenie zimne, usta wąskie i zaciśnięte. Egocentryk i narcyz. Na smakosza nie wygląda. Tomasz Mann.

A tymczasem, w dziennikach i powieściach rejestruje smaki codziennego życia z niebywałą starannością. „Bardzo przyjemnie zasiąść po śniadaniu do pisania…” – motyw jedzenia i picia w twórczości Tomasza Manna” to tytuł książki i pracy doktorskiej Eweliny Michty (Warszawa : Instytut Germanistyki Uniwersytetu Warszawskiego, 2010). Lektura niełatwa, materiał przytłaczający. Wszystko, co jego samego dotyczy, warte było odnotowania, nie, nie tylko warte – on czuje przymus, by wszystko z detalami zarejestrować. Dla potomnych? Odnotowuje poranną owsiankę i herbatę i to, że w restauracji Aumeistra dzieci zjadły zupę pomidorową, i to, że na śniadanie były „dwa jajka, jedno z nich bez białka. Jedno, bo drugie z białkiem”.

W powieściach opisuje wnętrza i zastawę,  potrawy i butelki trunków, smaki i niesmaki – wszystko dokładnie, trzeźwo, z zacięciem dokumentalisty. Pierwszą, tę, która przyniosła mu majątek, sławę, a i niebawem Nagrodę Nobla, zaczął pisać jako człowiek bardzo młody, zaledwie dwudziestodwuletni. Już wiedział – a może dopiero przeczuwał – że najlepiej potrafi zbudować historię wokół tego, co sam przeżył, to będzie jego stały zabieg literacki. A zatem, syn senatora z Lubeki, właściciela firmy zbożowej i spedytorskiej, napisze sagę o czterech pokoleniach rodziny Mannów, typowej dla niemieckiego patrycjatu, o odchodzeniu w niebyt firmy, niegdyś świetnie prosperującej, o powolnym upadku hanzeatyckiego mieszczaństwa, jego wartości i instytucji i kurczeniu się ludzi, w których zanika siła biologiczna i moralna, wola życia i działania.

A skoro pisał o realiach dobrze sobie znanych, możemy być pewni, że nie fantazjuje, opisując posiłki w domu Buddenbrooków, i te codzienne, i odświętne – to wspomnienia (bardzo jeszcze żywe, pisząc ma przecież zaledwie dwadzieścia lat z niewielkim okładem) z domu rodzinnego, a o to, czego nie zapamiętał, wypytał matkę.

Powieść zaczyna się w dniu, w którym rodzina Buddenbrook świętuje przeprowadzkę do nowej, wspaniałej siedziby przy Mengstrasse. Wraz z zaproszonymi  gośćmi

Siedzieli na ciężkich krzesłach z wysokim oparciem, przy pomocy ciężkich, srebrnych sztućców jedli dobre, ciężkie potrawy z ciężkich, srebrnych talerzy, popijali ciężkie, dobre wina

Ufff, wszystko ciężkie. A menu? Opisane, a jakże. Najpierw zupa jarzynowa z grzankami, potem ryba. Po niej pojawia się clou programu

…kolosalna, ceglastoczerwona panierowana szynka, wędzona i ugotowana, do niej brunatny, kwaskowaty sos szalotkowy oraz taka ilość jarzyn, że one same zdołałyby nasycić całe towarzystwo.

Lebrecht Kröger podjął się tranżerowania. Z lekko podniesionymi łokciami, rozciągnąwszy długie, wskazujące palce na grzbiecie noża i widelca, uważnie krajał soczyste plastry. Podano również arcydzieło konsulowej, marynatę owocową o ostrym alkoholowym smaku, przyrządzoną na sposób rosyjski.

Najedzeni, ukontentowani, panowie dyskutują o polityce, o interesach. Panie trochę też, ale nie byłyby prawdziwymi, solidnymi, mieszczańskimi paniami domu, gdyby nad tym uginającym się stołem nie udzielały sobie wzajem porad kulinarnych:

Pani Köppen zabrała głos wykładając w zachęcający sposób najlepszą metodę gotowania karpia w czerwonym winie…. – Pokrajać na spore kawałki, droga pani, włożyć w rondel z cebulą, goździkami i sucharkami, dodać trochę cukru i łyżkę masła i postawić na ogień… Tylko nie moczyć, droga pani, z całą krwią, na miłość boską…

Wreszcie zwieńczenie – deser:

w dwu kryształowych misach wniesiono leguminę składającą się z ułożonych warstwami makaroników, malin i kremu; na drugim zaś końcu ukazały się płomyki ulubionego przysmaku dzieci, płonącego plumpuddingu.

Nic dziwnego, że po tym obiedzie jeden z małych Buddenbooków boleśnie odczuwa skutki obżarstwa. Na szczęście, wśród gości jest i lekarz

Lekka niestrawność … nic ważnego, pani konsulowo! – pocieszał. […] troszkę proszku lukrecjowego, może filiżaneczkę rumianku na poty… I ścisła dieta. Rosół z gołąbka, parę sucharków…

-Nie chcę gołąbka! – wykrzyknął Chrystian – Nigdy więcej nie będę nic jadł! Źle mi jest, diabelnie źle! [..]

Doktor Grabow popatrzył na niego z pobłażliwym, niemal smutnym uśmiechem. Ach, będzie on jeszcze jadł, ten młody człowiek! Będzie żył jak wszyscy na świecie. Jak ojcowie, krewni, znajomi, przepędzać będzie dni nad biurkiem, a co parę godzin pochłaniać będzie ciężkie, wyszukanie dobre rzeczy… jak Bóg przykazał!… […] On sam, Fryderyk Grabow, nie należał do tych, którzy pogardzają nadziewanym indykiem. Ta panierowana szynka z szalotkowym sosem była bardzo delikatna, do diabła, a potem, gdy już ciężko było oddychać, znowu ta legumina – makaroniki, maliny, krem, tak, tak… – Ścisła dieta, jak powiadam, pani konsulowo! Rosół z gołąbka, parę sucharków

Posiłki, mniejsze i większe, codzienne i wystawne, będą się wielokrotnie na kartach powieści pojawiać. Śniadania w niekrępujacym pokoju na antresoli, niedzielne obiady, wigilijne uczty z “niezliczoną ilością karpi i nadziewanych indyków”. Podczas chrzcin Hanno, nadziei rodu

pokojówka nakłada krem w liczne filiżanki pełne wrzącej czekolady, ustawione jedne obok drugiej na wielkiej okrągłej tacy ze złoconymi rączkami w kształcie muszli.. służący Antoni kraje na plasterki strzelisty baumkuchen

Karmią się dobrze i z lubością. Ale bez ostentacji, bez nadmiernego zbytku, ten jest w mieszczańskim kodeksie podejrzany. Odwieczny konkurent Buddenbrooków, Herman Hagenström, podobno jada na śniadanie pasztety z gęsich wątróbek! To oburzające, Tonia nie może nad tym przejść do porządku (chociaż w duchu trochę mu zazdrości?..).  A kompulsywne jedzenie, folgowanie zachciankom to oznaka moralnego upadku, zdziecinnienia albo szaleństwa.

James Möllendorf, najstarszy senator-kupiec, umarł w sposób okropny i groteskowy. Diabetyczny ten starzec do tego stopnia zatracił instynkt samozachowawczy, ze w ostatnich latach swego życia coraz bardziej podlegał namiętności do tortów i ciastek. Doktor Grabow […] protestował z całą energią, na jaką mógł się zdobyć, stroskane zaś otoczenie odbierało głowie rodziny wszelkie słodycze. Cóż jednak uczynił senator? Był tak złamany duchowo, że wynajął sobie pokoik, izdebkę na jakiejś nędznej uliczce, na Gröpelgrube czy może w Engelswich, prawdziwą dziurę, dokąd wślizgiwał się potajemnie, by spożywać torty… tam też znaleziono go nieżywego z ustami pełnymi jeszcze nie zżutego ciasta, którego resztki plamiły mu ubranie i porozrzucane były na nędznym stole. Śmiertelny atak ubiegł powolną ruinę.

Więc w przyzwoitej rodzinie, po mieszczańsku godnej, pewne ograniczenia są świadome, nadmierne uleganie zachciankom jest oznaką słabości charakteru, namiętność nie uchodzi. Menu może być wyszukane, ale nie powinno być w żadnym calu ekstrawaganckie, umiar przede wszystkim!

W miarę rozwoju akcji, w miarę jak rodzinne przedsiębiorstwo podupada, a członkowie rodziny oddalają się od siebie, zapadając w osobność, z powieści powoli znikają smakowite kąski. Jeszcze na wigilijnym stole pojawią się

duże pierniki, ozdobione symetrycznie migdałami i cykatą, leżały długim szeregiem na przemian z ciężkimi, świeżymi, wilgotnymi jeszcze w środku chlebami z marcypanu [..] krem migdałowy, mieszanina jajek, tartych migdałów i olejku różanego

ale wigilia następna, po odejściu nestorki rodu, będzie smutna i nijaka, ani słowa o łakociach.  Jeszcze jadają pięciodaniowe obiadki na wywczasach w Travemünde, ale to już ostatnie rozkoszne chwile – i co charakterystyczne, poza domem, poza miastem, z dala od Lubeki, od kurczącej się firmy, od kłopotów, natrętnych myśli i rozczarowań. Powolny upadek domowego stołu, tego centrum i zwornika domowego ogniska, kontrapunktuje upadek firmy, upadek pokładanych nadziei, słabnięcie więzów, przedwczesne odchodzenie bliskich. Nie ma komu myśleć z troską i czule o obiadach, nie wypada cieszyć się smakami. Świat Buddenbrooków się kończy. Już nie będą “przepędzać dni nad biurkiem, a co parę godzin pochłaniać ciężkie, wyszukanie dobre rzeczy… jak Bóg przykazał!..” A smaki ich życia odeszły wcześniej, jak szczury opuszczające tonący okręt.

Thomas Mann, Buddenbrookowie : dzieje upadku rodziny, tłumaczyła Ewa Librowiczowa

Reklamy