Tagi

, ,

Anka Muhlstein (Garçon, un cent d’huîtres ! Balzac et la table, Odile Jacob/Histoire, 2010) zauważa, że w olbrzymim oeuvre powieściowym Balzaka nie ma postaci smakosza szczęśliwego:

To nie przypadek, że łasucha zwykle zdradza żona, a otoczenie nim gardzi, że cierpi nie mając powodzenia u kobiet albo po prostu się nudzi. Balzac z upodobaniem zestawia ze sobą nieszczęścia łoża i rozkosze stołu. Sądzi, że łakomstwo najczęściej jest kompensacją

Figurą smakosza najnieszczęśliwszego pod słońcem jest Sylwin Pons (Kuzyn Pons, tłum. Tadeusz Boy-Żeleński). Zdolny muzyk, wyrafinowany amator sztuki i kolekcjoner, mężczyzna brzydki, naiwny, delikatny, nieśmiały, świadomy swoich wad  i ograniczeń. Tragiczna postać. I w takich właśnie postaciach – ludzi, których słabości i potknięcia cynicznie wykorzystują harpie ze sfer wyższych i niższych – pisarski geniusz Balzaka objawia się w pełni.

Poznajemy Ponsa, gdy idzie

bulwarem des Italiens, z nosem jak gdyby chwytającym wiatr, uśmiechnięty obłudnie niby kupiec, który zrobił doskonały interes, lub młody człowiek, kiedy rad z siebie wychodzi z buduaru

A on nie o kochance ani o fortunie marzy, myślą jest na wspaniałym obiedzie u swego zamożnego kuzyna…. Pons jest starym kawalerem, ma lat sześćdziesiąt, nigdy żadna kobieta nie zaszczyciła go czułym spojrzeniem, jako muzyk musiał oddać pola młodszym albo zdolniejszym, pociechą jest mu przyjaciel, Niemiec Schmucke, z którym – jak mówi Balzac

zawarł jedyny związek, na jaki społeczeństwo dało pozwolenie, poślubił mężczyznę, starca, muzyka jak on sam. [ha, dziwna sprawa z tym przyzwoleniem..].

Mieszkają razem, ale stołu nie dzielą. Pons nie potrafi zrezygnować ze smakołyków na rzecz polewki w garkuchni, wieczorem, w porze obiadu wymyka się do krewnych

czuł się zdolny do największych upodleń, byle nadal dobrze żyć, zjadać nowalijki w odpowiedniej porze, wylizywać doszczętnie smaczne dania. Niby pasożytujący ptaszek, który zmyka najadłszy się do syta, świegocąc piosenkę za całe podziękowanie, tak i Pons znajdował zresztą niejaką przyjemność w tym, aby dobrze żyć na koszt społeczeństwa, które pozwalało mu się wypłacać, czym? Własną osobą. […] Pons wisiał bezpłatnie u stołu, starając się być użyteczny w domach, gdzie bywał. Wszedł na opłakaną drogę dopełniając mnóstwa zleceń, w licznych okazjach zastępując odźwiernych i służbę

Gdy Schmucke dowiaduje się, jakie upokorzenia znosi Pons, jak obcesowo jest traktowany przez gospodarzy, doradza mu, by podobnie jak on, zadowolił się raczej chlebem i serem zjadanym w domu, zamiast wpraszać się na obiady, które go tyle kosztują.

Niestety! Pons nie śmiał wyznać Schmuckemu, że u niego serce jest w niezgodzie z żołądkiem, ze żołądek czuje się dobrze z tym, co mu rani serce, i że trzeba mu smacznego obiadku za wszelką cenę, jak zmysłowiec potrzebuje pieszczot kochanki

Tu Balzac przestrzega kandydatów na smakoszy:

Żołądek […] oddziaływa nieodzownie na ustrój moralny i psuje go w stosunku prostym do wzrostu swej edukacji kulinarnej. Rozkosz, przyczajona we wszystkich zakątkach serca, przemawia w nim jak monarchini; wypędza wolę, honor; żąda za wszelką cenę swej strawy. […] Rekonwalescenci po ciężkiej chorobie, którym odmierza się tak skąpo esencjonalne jadło, mogą często zauważyć rodzaj gastrycznego upojenia po jednym skrzydełku kurczęcia. Stateczny Pons, u którego wszystkie rozkosze skupiły się w żołądku, znajdował się wciąż w położeniu owego rekonwalescenta: żądał od dobrej kuchni wszystkich wrażeń, jakie ona może dać, i dotąd otrzymywał je co dzień. Nikt nie ma odwagi rozstać się z nałogiem. Niejednego samobójcę wstrzymało na progu śmierci wspomnienie kawiarni, do której zachodził co wieczór na domino.

W końcu jednak Pons nie może znieść roli ubogiego krewnego, unosi się honorem: niech się dzieje wola nieba, będzie jadał w domu z przyjacielem. Pazerna i kuta na cztery nogi konsjerżka, madame Cibot, wietrzy dobry interes, proponuje, że będzie odtąd co wieczór przygotować obu panom posiłek. Panowie zachwyceni, ona jeszcze bardziej. Na straganach handlarza, który trudni się skupywaniem resztek z pobliskich restauracji wyszukuje lepiej wyglądające szczątki kurczaka albo dziczyzny, kawałek rybnego fileta czy gotowanej wołowiny, zaprawia sosem dosmaczanym siekaną cebulą… Za taki obiad życzy sobie trzy franki, „wino płatne ekstra”, więcej zatem niż niejeden restaurator. Kuchnia mieszczańska, mimo wszechobecnego aromatu cebuli dość przyzwoita, ale monotonna. Pons popada nieubłaganie w melancholię.

żałował wykwintnych dań, kieliszeczków likieru, dobrej kawy, paplanin, fałszywych grzeczności, gości, plotek…

[…]  Aby wytłumaczyć tę nostalgię spowodowaną naruszeniem zwyczaju, wystarczy przytoczyć jedną z owych drobnostek, które podobne oczkom stalowej koszulki, spowijają duszę w sieć żelazną. Jedną z najżywszych rozkoszy dawnego życia Ponsa, istnym rajem pieczeniarza, była siurpryza, niespodzianka, gastronomiczny wstrząs spowodowany zjawieniem się nadzwyczajnego dania, smakołyku, który gospodyni domu dodaje triumfalnie do obiadu, pragnąc mu nadać uroczystą cechę! Tej rozkoszy żołądka zbywało Ponsowi, gdyż pani Cibot opowiadała mu przez ambicję treść obiadu. Ta periodyczna podnieta życia Ponsa znikła zupełnie. Obiad jego mijał bez niespodzianki! Oto czego Schmucke nie mógł zrozumieć. Pons był zbyt delikatny, by się skarżyć, a jeżeli jest coś smutniejszego niż zapoznany geniusz, to niezrozumiany żołądek […] Nic nie da się porównać z jego cierpieniami […] Pons żałował niektórych kremów – istne poematy!, pewnych sosów – arcydzieła!, drobiu z truflami – rozkosz! Ponad wszystko zaś słynnych karpiów reńskich, które znajdują się jedynie w Paryżu, i jak przyprawione! Bywały dni, że Pons wykrzykiwał „O Zofio!” – myśląc o kucharce hrabiego Popinot. Przechodzień, słysząc to westchnienie, myślałby, że poczciwiec mówi o kochance, a tu chodziło rzecz o wiele rzadszą, o tuczonego karpia. Wspomnienie tych minionych obiadków sprawiło, że kapelmistrz, trawiony nostalgią gastryczną, wychudł znacznie.

Raz jeszcze udaje się mu wkupić w łaski bogatych krewnych. Nie na długo. Kończy się awanturą, nieborak dosłownie umiera ze zgryzoty.

Namiętność do dobrego jedzenia jest motorem tej powieści. Gdy zapanuje nad Ponsem absolutnie, doprowadzi do katastrofy. Jego łakomstwo nie jest sympatycznym grzeszkiem, dowodem smaku, jest chorobą i przekleństwem. Biedny kuzyn Pons. Miejmy się na baczności, by postępując drogą kulinarnej edukacji nie „spowić duszy w sieć żelazną”…

Reklamy