Tagi

,

Holenderska martwa natura rzadko może obejść bez kieliszków, kielichów, szklanek, pucharów, kubków, dzbanków. To wdzięczne obiekty, bez nich stół, nawet pełen smakowitości, będzie zbyt płaski: długi blik na szkle smukłego fletu, cień rzucany przez owocokształtne guzy na korpusie römera, szklisty połysk ceramicznego kufla – wszystko to nadaje obrazowi lekkości, przyciąga oko i prowadzi wzrok ku górze. Uformowane ręką ludzką szkło, ceramika i cyna pięknie kontapunktują owoce natury. Co zawierają te naczynia? Jednego jesteśmy pewni: nie wodę. Alkohol pod każdą postacią. Piją młodzi, starzy, kobiety, dzieci.

Do wysokich kieliszków typu flet, wykwitnych, z cienkiego szkła façon de Venise i do pucharów, do owych wystawnych römerow (które z Rzymem nie mają nic wspólnego…) z pewnością nalewano wino. Na obrazach widzimy prawie wyłącznie wino białe, które czasem jest złociste, czasem barwy słomkowej albo z akcentem bladej zieleni.

 heda3

 Pieter Claesz, Martwa natura z cytryną, ok. 1647

Wino raczej młode, najpewniej niemieckie, reńskie i mozelskie, z racji bliskości – ówczesne wina źle znosiły transport. To, które wówczas pijano, chyba by nam nie smakowało – wedle przekazów było raczej słabe, kwaśne, doprawiane korzeniami, rozcieńczane wodą, to raczej napój o winnym posmaku. Czy na pewno lemoniadę ma w kieliszku stręczona dziewczyna na obrazie Gerarda ter Borcha? Raczej wino z sokiem Pieter de Hooch pokazuje, jak w letni dzień, siedząca w ogrodzie kobieta doprawia wino wyciskając do kieliszka cytrynę, zapewne, by jeszcze bardziej osłabić działanie alkoholu.

                              hooch

 Pieter de Hooch, Towarzystwo w ogrodzie, Rijksmuseum, Amsterdam

Bardziej popularnym, powszednim, podstawowym napojem Holendra od niepamiętnych czasów było piwo. Jeśli pojawia się na stole szklanka, to nie wodę zawiera, chyba że malarz potrzebował nośnika symbolu czystości i prawości. Woda nie jest całkiem bezpieczna, skoro w miastach czerpie się ją prosto z rzek i kanałów. Piwo, poddane kontroli i produkowane zgodnie z recepturą, uchodziło, zapewne nie bez powodu, za napój zdrowszy. Dostarczały go tysiące małych browarów, w samym Haarlemie w XVII wieku działało ich kilkadziesiąt. Z nastaniem ery przemysłowej oddały pola wielkim zakładom, dziś próbuje się wracać do tradycji tych małych warzelni, po których śladem są nazwy ulic, kanałów, dzielnic – Brouwerstraat, Brouwergracht… Piwo wypełnia wielkie fajansowe i cynowe kufle, a czasem zapieni się malowniczym grubym kożuchem piany.

                            anraadt

Pieter van Anraadt, Dzban, szklanka piwa i fajki, 1658, Haga, Mauritshuis

Innego popularnego napitku i leku zarazem, na obrazach nie widać, chociaż na pewno kryje się w kubkach i szklankach. Wódka na pewno jest nieodłaczną towarzyszką przesiadujących w karczmach i szynkach, które z upodobaniem malował choćby Adriaen van Ostade (choć niedościgłym w uwiecznianiu pijaków i pijaństwa pozostaje Flamand, Brouwer…). Wyrabiana przez aptekarzy, długo pozostawała lekiem w podagrze i utracie głosu, miała ożywiać serce, łagodzić kolkę, puchlinę wodną, paraliż i febrę, koić ból zębów. Najsłynniejszym mocnym trunkiem jest niderlandzki specjał – jałowcówka jenever, zwana też genievrem, a później w skrócie ginem. Ale do Holandii tego czasu spływają wszystkie winne i zbożowe trunki świata, wszystkie notuje amsterdamska giełda. Rum z Antyli, słabe wódki typu klaret, aromatyzowane korzeniami, rosolisy ziołowe i różane, marc – winiak z wytłoczyn. Kaznodzieje walczą słowem i czynem z plagą pijaństwa. Pewne nadzieje na zmianę zgubnych obyczajów wiązano z upowszechnianiem się herbaty, kawy, czekolady. Moda na nowe napoje szybko się rozprzestrzenia, nie tylko wśród uprzywilejowanych, jednak “wódeczka z cukrem” pozostawała ulubionym napitkiem robotników, i w ogóle holenderskich warstw niższych. Mocny trunek jest wiernym kompanem i pocieszycielem tych, którzy wypływają w wielomiesięczne rejsy ku Indiom i jeszcze dalej, żaden inny napitek nie zniósłby bez szwanku tak długiej podróży.

Trunkowi towarzyszy często fajeczka. Palenie tytoniu rozpowszechniło się w Holandii, zdaniem kalwińskich kaznodziejów, ponad miarę, tumaniąc prosty lud i degenerując klasy wyższe. Przejściowe pobudzenie, a po nim otępienie, mogło być skutkiem nierzadkiej wówczas praktyki dodawania do tytoniu dopalaczy, a to lulka czarnego, czyli szaleju, a to opium… Zadymione, ponure gospody to jedno oblicze tego nałogu, na drugim znajdujemy zgrabne fajeczki i kosztowne woreczki na tytoń, tlące się knoty, naczynia z żarem, akcesoria wytwornego palacza, czasem utracjusza, czasem pozera kreującego się na intelektualistę. Ale te martwe natury nie są zapewne prostą rejestracją nowego obyczaju i nowych gadżetów. Konotacje wanitatywne są jasne: ulotne są ziemskie przyjemności – czy naprawdę warte zachodu? Już prorok Izajasz napominał, że życie ludzkie “rozwiewa się jak dym”.

Martwa natura, wiadomo, tyleż odtwarza co oznacza. Jeśli na stole pojawi się wino, chleb, ryba – chrześcijańskie, eucharystyczne odniesienia narzucają się same. Używki, dym – marność nad marnościami, lepiej nie oddawaj się płochym przyjemnościom, mówi obraz. Ale warto też spojrzeć na te uwiecznione puchary, owoce, ryby, zajrzeć do wnętrz domów, gdzie mniej lub bardziej wytworni Holendrzy “jedzą, piją, luki palą” po to, by odpowiedzieć na pytanie: co te obrazy mówią o ówczesnym menu, o kulturze stołu? A co przemilczają?

Reklamy