Tagi

, , ,

Jedna z najulubieńszych książek mojego dzieciństwa to Ericha Kästnera 35 maja albo jak Konrad pojechał konno do mórz południowych (zapewne także za sprawą bezkonkurencyjnych ilustracji Bohdana Butenki!). I oczywiście nie brak w niej wątków kulinarnych…

 Stryj Rabarbar co czwartek odbiera bratanka Konrada ze szkoły, zabiera do domu, gdzie jedzą razem obiad, piją kawę (!). Menu serwowane przez stryja bywa egzotyczne:

 Stryj Rabarbar nie miał przecież żony, która mogłaby ugotować obiad. A czegoś w rodzaju służącej nie miał. (tłum. Stefania Baczyńska).

Kästner pisał to prawie ze sto lat temu, tłumaczka tłumaczyła niewiele później, oczywiste było, że do gotowania służy żona, ewentualnie „coś w rodzaju służącej”…

Dlatego w czwartki stryj i bratanek jedli jakieś niesamowite rzeczy. Czasami była to szynka z kremem, innym razem znów solone precle z borówkami lub wiśniowe ciastka z musztardą. Woleli musztardę angielską niż niemiecką, gdyż musztarda angielska jest szczególnie ostra i gryzie, jakby miała zęby.

Solone precle z borówkami były dla mnie w pełni akceptowalne, reszta trochę mniej. Ale dzisiaj chyba już nic z menu stryja Rabarbara nie byłoby w stanie nas zbulwersować.

Z powodu zadanego w szkole wypracowania, stryj rusza z bratankiem w podróż, by na własne oczy zobaczyć „morza południowe”. Jednym z pierwszych miejsc, do jakich trafiają po drodze, jest Kraina Pasibrzuchów. Raj dla leniwych łasuchów i żarłoków..

Konrad rozejrzał się po okolicy. Był to widocznie sad:

-Spójrz, stryjaszku – wrzasnął – tutaj rosną na jednym drzewie wiśnie, jabłka, gruszki i śliwki!

-Tak jest poręczniej – zauważył stryj.

-Dopóki trzeba owoce zrywać samemu z drzewa – powiedział koń – dopóty nic mi nie imponuje.

Konrad, który dokładnie badał jedno z takich czteroowocowych drzew, skinął na stryja i na konia. I to, co tam zobaczyli, było rzeczywiście wyjątkowo praktyczne.Na pniu drzewa znajdował się automat z rączkami i napisami:

Lewą rączkę pociągnąć raz: obrane, poćwiartowane jabłko.

Lewą rączką pociągnąć dwa razy: kompot mieszany.

Prawą rączkę pociągnąć dwa razy: kawałek placka śliwkowego z kremem.

Za chwilę przebiegają im drogę gdaczące kury.

Ciągnęły za sobą małe, blaszane, błyszczące patelnie, a kiedy widziały zbliżających się ludzi, zatrzymywały się i składały szybko jajko sadzone z szynką albo omlet ze szparagami.

No cóż, nic nowego: na znanym obrazie Pietera Bruegla starszego, Kraina Szczęśliwości, zwana też Krainą Lenistwa albo Kukanią (Wiedeń, Kunsthistorisches Museum), koło stołu biega jajeczko, ugotowane, już częściowo obrane, z łyżeczką w środku, gotowe do zjedzenia, gęś sama kładzie się na półmisek, a prosiak truchta z nożem w boku, nic tylko ukroić sobie kawałek… ilekroć patrzę na en obraz, przypominam sobie Krainę Pasibubrzuchów..

Niebawem okazuje się, że prezydentem Krainy jest dawny Konrada kolega szkolny, grubym Baryłą zwany. Baryła przystępuje właśnie do posiłku.

Sięgnął do nocnego stolika i wyjął stamtąd pudełeczko.

-Najpierw kilka pikantnych zakąsek – westchnął, włożył białą pigułkę do ust i nacisnął guzik. Natychmiast na przeciwległej ścianie ukazał się barwny obraz, który przedstawiał sardynki w oliwie, jajka w majonezie i salami.

-Teraz jeszcze ładny kawałek chrupiącej gęsiny – powiedział prezydent, zażył różową pigułkę i znów nacisnął guziczek.Na białej ścianie pojawił się obraz wspaniałej gęsi z pieczonym jabłkami i mizerią.

-A na zakończenie lody z owocami – powiedział Baryła, wziął żółtą pigułkę i trzeci raz nacisnął guzik. Na ścianie ukazał się wspaniały puchar z lodami i połówkami brzoskwiń. Konradowi nabiegła ślinka do ust.

-Dlaczego pan zażywa pigułki? – spytał stryj. Jako aptekarza, interesowało go to szczególnie.

-Jedzenie zbytnio wyczerpuje – zapewnił prezydent – natomiast w formie pigułek, za pomocą obrazów, smakuje zupełnie tak samo, a kosztuje o wiele mniej trudu.

Nie od dziś wiadomo, że jada się również oczami, a widzi się mózgiem i smaki też dojrzewają w mózgu…

Metoda zrobiła na mnie wrażenie. Chociaż nigdy bym nie zrezygnowała z realnych smakołyków i kulinarnych ciekawostek, to jednak nie raz wspominam pigułki grubego Baryły. Zwłaszcza, gdy widzę przed kasą supermarketu wózki naładowane po brzegi żywnością, ten płynący nieprzerwanie strumień dóbr, potrzebnych albo nie, które będą zjedzone albo i nie, z pożytkiem albo i nie, ze smakiem albo z niesmakiem…

Reklamy