Tagi

, , , , ,

Najsłynniejsza powieść Huysmansa to oczywiście dekadenckie, szalone Na wspak (À rebours, 1884, polski przekład Juliana Rogozińskiego).

Diuk Jan Floressas des Esseintes, „trzydziestoletni cherlak, anemiczny i nerwowy”, jest ekscentrykiem, mizantropem, hipochondrykiem, narcyzem – można by jeszcze długo przypinać etykietki.. „Czegokolwiek by próbował , gnębiła go przemożna nuda”, pogrążony w spleenie szuka remedium, szuka podniet dla ducha i zmysłów. Jego marzeniem staje się „wyrafinowana Tebaida na komfortowej pustyni, arka nieruchoma i ciepła, w której schroniłby się z dala od nieustającej głupoty ludzkiej”. Zaszywa się więc w podparyskiej rezydencji, czyta, duma, snuje fantasmagorie, mebluje i dekoruje wnętrza w błękicie i oranżu, stroi się w białe aksamitne garnitury i kamizelki ze złotogłowiu, sprowadza egzotyczne, drapieżne rośliny do oranżerii, eksperymentuje z zapachami, smaki alkoholi wiąże w pary z dźwiękami…

Czasem też jada, oczywiście na wspak

Zimą, o piątej, kiedy zmierzch zapadał, jadł lekkie śniadanie złożone z dwóch jajek na miękko, grzanek i herbaty ; potem, około jedenastej, siadał do obiadu; w nocy pił czasami herbatę, kawę lub wino; mniej więcej o piątej rano coś tam przegryzał, nim poszedł do łóżka.

Posiłki te, których skład i kolejność ustalał zawsze z początkiem każdej pory roku, przynoszono mu na stół umieszczony pośrodku małego pokoju, odgrodzonego od gabinetu korytarzem wymateracowanym, hermetycznie zamkniętym, nieprzepuszczającym ani zapachów, ani szmerów […]

Owa jadalnia przypominała kajutę okrętową dzięki beczkowatemu sklepieniu z belek, ścianom i podłodze z amerykańskiej sosny, okienku przebitemu w boazerii podobnie jak iluminator w burcie.

Inscenizacja przede wszystkim, nawet w samotności. A gdy ma widzów – zaczynają się prawdziwe fajerwerki. Zaprasza literatów na ekscentryczne bankiety,

spośród których między innymi jeden zwłaszcza, wzorowany na XVII wieku, zdobył rozgłos, kiedy diuk Jan, pragnąc uczcić jakąś najbłahszą i nieudaną miłostkę, wykoncypował ucztę żałobną.

W jadalni obitej kirem, otwartej na ogród posesji przynależny, który zmienił nagle wygląd, aleje bowiem zalegał pył węglowy, niewielki basen wypełniony atramentem okalała teraz cembrowina z bazaltu i wszędzie pojawiły się kępy cyprysów i pinii, podano obiad na czarnym obrusie przystrojonym koszami fiołków i skabioz, oświetlonym kandelabrami, gdzie paliły się zielone płomienie, i świecznikami, gdzie jarzyły się świece.

Kiedy ukryta orkiestra wygrywała marsze żałobne, biesiadnikom usługiwały nagie Murzynki w srebrnych pantofelkach i pończochach usianych łzami. Na talerzach obwiedzionych czernią jedli zupę żółwiową, żytnie chlebki rosyjskie, dojrzałe tureckie oliwki, kawior, ikrę cierniogłówów, wędzone kiszki frankfurckie, dziczyznę w sosach koloru lukrecji albo szuwaksu, esencję truflową, kremy przybrązowione czekoladą, puddingi, brzoskwinie, marmoladę z winogron i gruszek, morwy i czereśnie; pili w ciemnych kieliszkach wino z Limagne i z Roussillon, z Tenedos, z Val de Peñas iz Porto; po kawie z orzechówką kosztowali rozmaitych piw, kwasu i porterów.

Nihil novi sub sole, a raczej: sub luna, bo spodziewam się, że to raczej kolacja w blasku księżyca, niż obiad. Sto lat wcześniej takie zabawy, kulinarne happeningi, miał organizować słynny Aleksander Baltazar Grimod de la Reynière, bon vivant, ekscentryk, esteta, twórca Almanach des Gourmands, spiritus movens Towarzystwa Epikurejczyków, ojciec krytyki kulinarnej . Przy okazji lektury Huysmansa warto i z Grimodem zawrzeć bliższą znajomość. Tu odsyłam do znakomitych tekstów na jego temat (również przepyszne fragmenty z Almanachu smakoszy): Vive la cuisine: zawsze w dobrym towarzystwie – Grimod de la Reyniere

W 1783 roku Grimod zaprasza przyjaciół na ucztę, rozsyłając liściki przypominające zaproszenia na stypę. Przybyli wchodzą w zupełny mrok, a z niego wkraczają do rzęsiście oświetlonej sali jadalnej, gdzie jak na scenie – obserwowani z galerii przez kilkuset widzów, przybyłych tu za biletami – zasiadają do uczty na co najmniej dziesięć podań, czyli kilkadziesiąt dań… . Sukces tej pierwszej inscenizacji znalazł kontynuację. Na stół trafiają tylko czarne potrawy i produkty: kawior, trufle, oliwki, czekolada, jeżyny, ciemne winogrona… Potem przyjdzie kolej na inne uczty „tematyczne” – będzie kolacja archeologiczna, będzie prawnicza z udziałem skazańców… A po latach, w 1812 roku przyjaciele Grimoda otrzymują zaproszenie na stypę: ich amfitrion odszedł na zawsze. Wita ich i gości oczywiście sam domniemany nieboszczyk.

Teatralizacja, celebracja, prowokacja, paradoksy, zabawy znaczeniami – wszystko to już było, choć nie w takim jak u Huysmansa natężeniu. Kolacja u diuka Jana jest niewątpliwie bardziej dopracowana wizualnie, co do smaków… zapewne Grimod byłby górą. De gustibus. Oliwki, kawior, czarny chleb, esencja truflowa – bardzo to smakowicie brzmi. Ale dziczyzna w sosie koloru szuwaksu, kwasy i piwa rozmaite po kawie, to zestaw raczej emetyczny, zapewne i o to też chodziło w tym świecie na wspak.

Skądinąd nad wyraz to filmowe. Lucchino Visconti? Bardziej Peter Greeneway.

Reklamy