Tagi

, , , , , , , , , ,

Na wpół autobiograficzna powieść Jorisa-Karla Huysmansa W drodze (przeł. Zofia Milewska) trudną drogą wiedzie zatwardziałego grzesznika ku nawróceniu. Monsieur Durtal sam o sobie mówi „serce mam już skamieniałe, osmaliło się w rozpuście i jestem do niczego”. Rozczarowanie, nuda, przesyt, beznadzieja, jednym słowem: spleen. Bohater, szukając trochę ukojenia, a trochę ożywczego impulsu, wędruje po paryskich kościołach, słucha wieczornych nabożeństw w kaplicach klasztornych. Ksiądz Gevresin, który staje się jego powiernikiem i przewodnikiem duchowym, namawia go do wyjazdu z Paryża, do spędzenia tygodnia w zaciszu klasztoru. I to klasztoru trapistów, najściślej przestrzegających reguły świętego Benedykta: ścisła izolacja, modlitwa, kontemplacja, milczenie, praca fizyczna, post… Właśnie zakonna dieta wydaje się być ważną przeszkodą.

Ksiądz uspokaja, wyżywienie gościa

będzie lepsze niż zakonników ; nie dostanie pan oczywiście mięsa ani ryb, ale skoro jarzyny Panu nie wystarczą, do każdego posiłku dadzą na pewno jedno jajko.

– A te jarzyny gotuje się w wodzie z solą, bez żadnych przypraw..

– Ale co znowu! Woda i sól obowiązują jedynie w okresach postu, w normalne dni dostanie pan jarzyny gotowane na mleku rozcieńczonym na pół wodą lub oliwą.

– Dziękuję pięknie! zawołał Dural.

Jednym słowem, dieta laktoowowegetariańska. Że nie wzbudza entuzjazmu w paryskim utracjuszu – nawet jeśli to smakosz ogarnięty spleenem, birbant w depresji – nietrudno zrozumieć. Durtal opiera się. Przytacza na swoją obronę względy medyczne, czyż nie grozi mu anemia? Migrena? Biegunki?

Czy mój organizm zniesie taki zabieg; moje ciało jest wątłe i rozdelikacone, przywykło późno wstawać, słabnie, jeśli go nie wzmocnić krwistym befsztykiem, a jeśli tylko zmieniam godziny posiłków, natychmiast zaczynają się migreny. Absolutnie nie zdołałbym wytrzymać tam na jarzynach gotowanych w oliwie czy w mleku; a w ogóle zacznijmy od tego, że nie znoszę kuchni na oliwie, a już tym bardziej nie cierpię mleka, źle je trawię.

Względy duchowe – a pewnie i po trosze ciekawość – przeważają, i bohater decyduje się na tygodniowe odosobnienie w Notre-Dame-de l’Atre (w realu autor oddalił się do opactwa Notre-Dame d’Igny). Niełatwo znosi rygor, rozkład dnia, surowość celi, zakaz palenia. Nudzi się. O dziwo, posiłki początkowo zaskakują go pozytywnie – jest ryż, i wino, i miód… Może tym łatwiej godzi się na reżim trapistów, że ostatni posiłek przed przekroczeniem furty klasztornej spożył w miasteczku, w gospodzie opodal stacji kolejowej, gdzie

przyniesiono mu główkę cielęcą, znalezioną w jakimś szafliku, niezbyt świeże kotlety, jarzyny poczerniałe od przypalonego tłuszczu

Po takich przeżyciach klasztorna opcja wege zdaje się niemal przyjemną odmianą.

To, co jemy nie jest właściwie złe – zauważył – ale trochę peszy mnie tylko ten zupełnie jednakowy smaczek wszystkich potraw, czuje się w nich zapach… jakby tu powiedzieć … spalenizny czy może łoju

– To gorąca oliwa, którą przyprawiają potrawy jarzyny ; o, przyzwyczai się pan szybko

A jednak pan Durtal cierpi, przyczyną jest

zupełny brak przypraw. Pieprzu i korzeni nie dozwala reguła […] prawie nie sposób tego znieść, po prostu dostaje się mdłości.

No cóż, zwykle mdłości dostaje się z podrażnienia, z pomieszania, od obrzydliwego zapachu, odrażającego wyglądu, od nadmiaru przypraw, a tu odstręczający jest smak produktu sam w sobie, smak czysty, niezagłuszony, nie podbity innymi. Durtal po prostu jest na odwyku, na detoksie, oczyszcza nie tylko duszę, ale i kubki smakowe z nadmiaru bodźców. Niełatwe zadanie. Będzie bronił się jeszcze długo, ale za kilkaset stron ulegnie – przede wszystkim mocy Ewangelii, ale trochę i kojącej ciszy i prostocie życia klasztornego. Tak jak Karl-Joris Huysmans. Te drogę opisze w kolejnych powieściach, Cathédrale i Oblat.

Kulinarnie trapiści kojarzyli mi się dotąd głównie z belgijskim i holenderskim piwem (osiem tamtejszych klasztorów szczyci się apelacją „Authentic trappist product”) i z serem trapistów: łagodnym, ale kwaskowym, zaliczanym do półtwardych, a jednak elastycznym, bladożółtym o skórce cienkiej, podobno dosmaczanym kolendrą, skórką pomarańczową i piwem. Wyrabianym niegdyś w opactwie Port du Salut i od niego często port-salut zwanym. I zapewne z powodu tego sera nie myślałam o mnichach z La Trappe jako o restrykcyjnych wegetarianach. A teraz zastanawia mnie, jak ci mnisi, nie tykający nabiału, produkowali (i robią to nadal, podobno w Bośni, pod Banja Luką!) taki smakowity ser i – czy nawet go nie próbowali?…. Kolejne umartwienie, jeszcze jedna próba charakteru?

Reklamy