Tagi

, , , ,

Bohater ostatniej powieści Michela Houellebecque’a jest huysmansologiem. Joris-Karl Huysmans, pisarz francuski, a czasem czujący się bardziej Holendrem (stąd ów Joris-Karl, zamiast Charles-Marie-Georges, jak stoi w metryce), to postać na tyle znacząca dla konstrukcji bohatera Uległości, że wypada odnowić znajomość z estetyzującym dekadentem, post- albo supranaturalistą, jak sam siebie nazywał, wreszcie katolickim neofitą (prawdziwym czy udawanym?) – i z jego przedziwnie zróżnicowanymi kreacjami.

Na houellebecqowskiej fali odkurzyłam sobie parę tekstów Huysmansa, nie bez zainteresowania i przyjemności. Z nieznanych mi dotąd, zafrapowała mnie zwłaszcza nowela – a może mini-powieść? – A vau-l’eau, czyli Z nurtem albo Z prądem. Jeszcze naturalistyczna, a przecież pełna szaleństwa, epopeja głodnego neurotyka i hipochondryka.

Bohater przez dni i tygodnie przemierza paryską VI dzielnicę, poszukując miejsca, w którym mógłby się stołować: usiąść po pracy w miłym anturażu i około godziny szóstej zjeść wieczorny posiłek, smaczny, zdrowy i niedrogi. Niedoczekanie, upragniona miła kolacja pozostaje niedościgłym marzeniem, wreszcie stanie się obsesją.

Jean Folantin, drobny urzędnik, żyje samotnie w Paryżu. Mieszka w VI dzielnicy, pracuje w VI dzielnicy, nie lubi wypuszczać się poza okolice Saint-Sulpice. Jego gastryczna epopeja rozpoczyna się z chwilą, gdy odprawia gosposię, która gotuje źle, pije jak szewc i na dodatek spoufala się ponad miarę. Folantin żony nie ma, na lepszą gospodynię go nie stać, postanawia stołować się „na mieście”, co zważywszy na obfitość lokali w ówczesnym Paryżu, wydaje się realistyczne. Nic z tych rzeczy. Huysmans prowadzi Folantina od nadziei do rozpaczy, wreszcie ku schopenhauerowskiemu pesymizmowi; krok za krokiem, ulica za ulicą, gospoda za gospodą, pozbawia złudzeń. Tu menu jest zbyt ubogie, ówdzie sposób przyrządzenia mu nie służy, obsługa jest zbyt nadskakująca albo grubiańska, towarzystwo zanadto hałaśliwe albo wręcz przeciwnie, gburowate… Krąży, szuka. Z przyzwoitych lokali handlarzy winem, gdzie

dania były smaczniejsze, wino nie tak cierpkie, porcje większe, ale na ogół posiłek trwał i dwie godziny, gdyż kelner zajmował się również pijakami stojącymi przy kontuarze

przenosi się do pośledniejszych lokali, szynków albo i garkuchni, tu jednak

towarzystwo napełniało go odrazą, a brud wprawiał w osłupienie, mięso śmierdziało, kieliszki nosiły okrągłe ślady odciśniętych warg, noże były matowe i zatłuszczone, a tkanka obrusów zachowała w pamięci żółcień zjedzonych nad nimi jajek.

Obszedłszy restauracyjki, winiarnie, lokaliki serwujące „obiady domowe”, sklepy garmażeryjne i spelunkowate szynki, trafia nawet do jadłodajni Czerwonego Krzyża. Popada w coraz głębszą melancholię i podupada na zdrowiu, próbuje reperować je za pomocą medykamentów przeróżnych, od żelaza po arszenik, zamienia mieszkanie w prawdziwą aptekę, szprycuje się najrozmaitszymi dopalaczami. Na próżno. Zdrowie zrujnowane, a głód doskwiera. Zaczyna rozważać, czy nie warto by wypuścić się dalej w Paryż, poza swą dzielnicę

Trzeba by pójść za rzekę, żeby się najeść, powtarzał sobie pan Folantin, ale myśl o opuszczeniu lewego brzegu napełniała go głębokim niesmakiem, zresztą chromał na nogę, a omnibusów nie znosił. Wreszcie myśl, by wieczorem ruszać na poszukiwanie pożywienia, przejmowała go dreszczem.

Pewnego dnia, przemierzając rue de Grenelle, zauważa nowo otwartą patisserie, a bardziej może jej szyld „Posiłki z dostawą”. Czyżby marzenia, od tak dawna pielęgnowane, o zjadaniu wieczerzy w domu, wreszcie miały się ziścić? Wchodzi, nieśmiało pyta, jeszcze nie wierząc w szczęście, które być może zaraz go spotka.

– Ależ oczywiście, monsieur, odpowiedziała mu siedząca za ladą dama, której biust spoczywał wśród serów i tart. O której godzinie chciałby pan dostawę?

– O szóstej – odpowiedział pan Folantin, drżąc na całym ciele.

– Świetnie.

Czoło pana Folantin spochmurniało.- A zatem – podjął , głosem nieco bełkotliwym -skoro chciałbym zupę, danie mięsne i jarzynę, jakaż będzie cena?

Dama zdawała się pogrążona w myślach, mamrotała wznosząc oczy … zupa.. mięso….jarzyna…- Bez wina?

– Mam własne.

– W takim razie, monsieur, to będą dwa franki.

Twarz pana Folantin pojaśniała- Zgoda więc, a kiedy możemy zacząć?-

-A kiedy pan chcesz, może być i dziś

Początki są obiecujące, pan Folantin jest nad wyraz ukontentowany, biegnie kupić wino i chleb, kwadrans po szóstej odbiera dostawę: przyniesiono mu bulion z tapioką, duszoną wołowinę i kalafiora w białym sosie.

Całkiem niezłe, stwierdził próbując każdego z dań po kolei, najadł się po same uszy, wypił nieco więcej niż zwykle i zapadł w błogie rozmarzenie […] Cóż, nie minęło osiem dni, a kucharz opuścił się. Nieodmiennie pojawiająca się tapioka była pełna grudek, a bulion nabrał chemicznego posmaku, sos do mięsa cuchnął cierpką maderą z knajpy, wszystkie dania miały dziwny, bliżej nieokreślony smak, jakby kwaśnego roślinnego kleju albo zwietrzałego, podgrzanego winnego octu. Pan Folantin hojnie pieprzył mięsa i zaprawiał musztardą sosy; co tam! stwierdził wreszcie, jednak da się zjeść, po prostu trzeba przywyknąć do tej karmy.

Jednak trudno przywyknąć. Próbuje zatem innych sztuczek, by oszukać głód i kubki smakowe:

Zdawało się, że znalazł ratunek w jajach na twardo. Kupował je codziennie, spodziewając się, że wieczerza nie nada się do zjedzenia. I co dzień napychał się tą przystawką, ale jaja cuchnęły zgnilizną, staganiarka, która wyczuła w nim człowieka nieobytego, sprzedawała mu najbardziej zepsute, jakie miała w swym sklepiku.

W końcu poddaje się.

Trzeba pozwolić nurtowi, by nas niósł, Schopenhauer ma rację – powiedział sobie – życie ludzkie kołysze się jak wahadło między cierpieniem a troską.

I zamierza przeprosić się „ze starą kuchtą”…

Jednym słowem: bez kobiety do prostych posług w domu żyć się nie da, niestety. Co było do udowodnienia, Huysmans w wielu powieściach pochyla się z troską i zrozumieniem nad losem samotnych mężczyzn, którzy za wszystko muszą słono płacić: za jedzenie, sprzątanie, seks, pranie koszul…

Trudno przejąć się stanem żołądka i losem pana Folantin, mizantropa, hipochondryka, nieudacznika, trochę socjopaty, nie sposób traktować go zbyt poważnie, ani dać się zauroczyć. To nie jest literatura na miarę Głodu Hamsuna, który dręczy, trzyma za gardło i napełnia nas współczuciem. Daleko mu też do dyskretnego uroku buñuelowskich bourgeois. Ale ekskurs po paryskich przybytkach gastronomicznych, lokalach pośledniej klasy, nijak nie odpowiadających naszym wyobrażeniom o domowej kuchni francuskiej, prostej a smakowitej, jest nad wyraz interesujący. Zwłaszcza, jeśli zestawić je z wcześniejszymi o kilkadziesiąt lat opisami lokali w powieściach Balzaka.

A ambulując po ulicach lewobrzeżnego Paryża, wspomnijmy pana Folantin, jak sto dwadzieścia lat temu

wlókł po nich ciało, które […] odżywiane haniebnie, krzyczało z głodu.

Reklamy