Tagi

, , , , ,

Magdalenkę zna chyba każdy. Nawet ten, kto Prousta nie czytał. Nośnik wspomnień, impuls na podniebieniu. Ciasteczko niepozorne, niezbyt smakowite, a ileż potrafi. O ile naciągnie aromatem kwiatu lipowego z ziołowej herbatki…

Widok magdalenki nie przypominał mi nic, nim ją skosztowałem: może dlatego, że widywałem je od tego czasu często – mimo, że ich nie jadłem – na ladzie cukierni; obraz ich opuścił owe dni Combray, aby się skojarzyć z innymi, świeższymi; może dlatego, że z owych wspomnień, tak długo zostawionych poza pamięcią, nic nie przetrwało, wszystko rozpyliło się; kształty – także ten kształt małej muszelki z ciasta, tak pulchnej i zmysłowej pod swoim surowym i nabożnym rurkowaniem – znikły lub też, uśpione, straciły energię, która by im pozwoliła połączyć się ze świadomością. Ale kiedy, po śmierci osób, po zniszczeniu rzeczy, z dawnej przeszłości nic nie istnieje, wówczas jedynie smak i zapach, wątlejsze, ale żywsze, bardziej niematerialne, trwalsze, wierniejsze, długo jeszcze, jak dusze, przypominają sobie, czekają, spodziewają się – na ruinie wszystkiego – i dźwigają niestrudzenie na swojej znikomej kropelce olbrzymią budowlę wspomnienia. I z chwilą, gdy poznałem smak zmoczonej w kwiecie lipowym magdalenki, którą mi dawała ciotka (mimo, że jeszcze nie wiedziałem i znacznie później miałem odkryć, czemu to wspomnienie czyniło mnie tak szczęśliwym), natychmiast stary, szary dom od ulicy, gdzie był pokój, przystawił się niby dekoracja teatralna do wychodzącej na ogród oficynki, którą zbudowano dla rodziców od tyłu (owa ścięta ściana, jedyna, którą wprzód widziałem), i wraz z domem miasto, rynek, na który wysyłano mnie przed śniadaniem, ulice, którymi chadzałem od rana do wieczora i w każdy czas, drogi, którymi się chodziło, kiedy było ładnie. I jak w owej zabawie, w której Japończycy zanurzają w porcelanowym naczyniu pełnym wody kawałeczki papieru z pozoru byle jakie, które ledwo się zanurzywszy wydłużają się, skręcają, barwią, różniczkują się, zmieniając w kwiaty, w domy, w wyraźne osoby, tak samo teraz wszystkie kwiaty z naszego ogrodu i z parku pana Swanna i lilie wodne z Vivionne, i prości ludzie ze wsi, i ich domki, i kościół, i całe Combray, i jego okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość, wyszło – miasto i ogrody – z mojej filiżanki herbaty.

Marcel Proust, W poszukiwaniu straconego czasu, W stronę Swanna, przeł. Tadeusz Boy-Żeleński

Okazuje się, że magdalenki mogło nie być! W pierwszej wersji Marcel Proust uruchamia głębokie pokłady pamięci za pośrednictwem… grzanki z miodem („pain grillé melée en miel”), w drugim podejściu wybiera biszkopt, dopiero za trzecim razem decyduje się na magdalenkę maczaną w naparze lipowym.

Wydawnictwo Les éditions des Saints-Pères przygotowało do druku zawartość trzech notesów Prousta À la recherche du temps perdu : les manuscrits de la madeleine, każdy notes to kolejny etap prac nad najbardziej dziś znanym fragmentem powieści. Oficjalna premiera jutro, 22 października. Napięcie rośnie. Jak opisał grzankę, czy mogła być bardziej malownicza od „małej muszelki z ciasta, tak pulchnej i zmysłowej pod swoim surowym i nabożnym rurkowaniem”?

Choć niełatwo będzie zajrzeć do tej publikacji: edycja limitowana, 1000 egzemplarzy, trzy notesy w pudle zielonym, 25×35 cm, 1,8 kg, ISBN : 979-10-95457-00-8, cena 249 euro. Notesy w opakowaniu koloru kości słoniowej nie będą numerowane, ale cena się nie zmienia…

Les éditions des Saints-Pères, À la recherche du temps perdu : les manuscrits de la madeleine

Reklamy